Maureen Mo Hawkins
dwadzieścia lat, Leeds, mieszka ze staruszką (i chłopakiem)
drugi rok, malarstwo i rzeźba, wszystko dla Francuza
sprzedaje ręcznie robioną biżuterię i pomaga w antykwariacie
chciałabybyć pingwinem ilustrować książki dla dzieci
dwadzieścia lat, Leeds, mieszka ze staruszką (i chłopakiem)
drugi rok, malarstwo i rzeźba, wszystko dla Francuza
sprzedaje ręcznie robioną biżuterię i pomaga w antykwariacie
chciałaby
Siedem lat w Leeds, dwa w Sztokholmie (tata znalazł pracę), potem cztery w Brighton (tata znalazł inną pracę) i dwa na obrzeżach Londynu (tata dobrze poszukał i znalazł stuprocentowo przewspaniałą pracę); później wakacje w Paryżu z ciotką Marnie, znowu Leeds, Paryż, Leeds, Paryż, Leeds, Paryż. Ma metr pięćdziesiąt trzy, wystające żebra, piegi (wszędzie) i włosy (nie wszędzie) aż po pas. Nosi kolczyki z Małą Mi albo Fridą Kahlo, za duże swetry, koszulki swojego chłopaka i śmieszne spódnice w kwiatki. Zostawia notatki na lodówce i na biurku, pisze listy (takie perfumowane), ważne rzeczy spisuje na zewnętrznej stronie lewej dłoni; brat mówi, że jest strasznie staromodna, model telefonu też ma z kategorii tych, które psują raczej kafelki, a nie obudowę (ale lubi internetowy slang i gify z kotami). Krąży między książkami a sztalugami, ma tomiki poezji i zbiory renesansowych dzieł, koszulę upapraną farbą i głowę pełną pomysłów na dziecięce opowieści. Wszędzie nosi ze sobą kieszonkowe wydanie Opowiadań z Doliny Muminków, które znalazła kiedyś w namiocie z tanimi książkami, i paczkę truskawkowych Maoam.
Jezus, Maria Peszek.
Faworyzuję Jo.
Faworyzuję Jo.

[Dzień dobry!]
OdpowiedzUsuńPaździernik był mdły. Tak, właśnie, mdły. Nie jakiś zimny, że trzeba szukać w tym bałaganie grubszej bluzy, tylko taki... mdły, no! Ulice Paryża zasnute były mgłą, a wielkie okno w pokoju zaszło parą, więc Joseph rysował na nim ludziki, te takie z reklamy Michelin. Siedział na parapecie, podkurczając przydługie (i trochę krzywe, swoją drogą) nogi. Lewa zaczynała drętwieć, ale sprawnie to ignorował, bo gdyby ją rozprostował, cztery książki rozłożone na kolanach posypałyby się na podłogę. Już pewnie by ich nie znalazł, bo obok parapetu zrobił ostatnio całkiem ciekawe składowisko złożone ze świeżego prania. Zerknął w dół. Koszula przykrywała tuzin skarpet, a koszulka, na której nie można było doprać plamy po jagodach, machała na niego krótkim rękawem. To śmieszne, bo przez chwilę miał ochotę jej odmachać, ale wtedy zdał sobie sprawę, jak głupi jest. Cofnął dłoń z powrotem na książkę, nie mogąc powstrzymać głupawego uśmiechu. Matka powtarzała mu, że kawa poważnie szkodzi resztkom jego inteligencji, ale nie słuchał i dalej ją pił. Ze szkodą dla siebie i otoczenia, bo wtedy budził w nocy Mo i chciał z nią porozmawiać o tym, jak bardzo kiedyś bał się potwora spod łóżka.
Mo. Podniósł głowę i odszukał ją w bałaganie. Zajęła łóżko i najchętniej wziąłby sobie jego skrawek dla siebie, ale nie chciał jej przeszkadzać, chociaż od pół godziny nie zrobił nic. Babcia raz mu podszepnęła, że powinien o Mo dbać i najlepiej pozwolić jej zdać studia, a nie ciągle wisieć na ramieniu i pisać wiersze o jej włosach. O których chyba nawet nie wiedziała, bo je schował. Były naprawdę kiepskie. Wiersze, nie włosy. Więc słuchał i nie przeszkadzał, chociaż teraz tak na nią patrzył i patrzył i... doszedł do wniosku, że to strasznie dziwne, że przyjechała do niego z tego końca świata (Anglia taka daleka) aż do Francji. Miała takie piękne włosy i piegi, które próbował kiedyś policzyć, ale zmarszczyła nos i mu to zepsuła. A on miał potargane włosy skomlące o grzebień, za długie nogi, za długie ręce, za długi nos i w ogóle był straszny. Czuł się tak, jakby wygrał w totka, choć nadal nie ogarniał, że ona tu z nim mieszka i czasem jedzą szarlotkę z babcią, a babcia jest taka pocieszna, chociaż czasem opowiada jak Jo w dzieciństwie zbierał kamyki i rozpłakał się, jak głupi kuzyn mu je wszystkie wrzucił do rzeki. Zazwyczaj miał ochotę zapaść się pod złachaną kanapkę w kuchni i modlił się, żeby Mo od niego nie uciekła. W ogóle musiało jej być na łóżku wygodnie, a jemu tyłek odmarzł od zimnego parapetu i miał wrażenie, że mały kaktus, którego kupił Mo na urodziny, pozostawił po sobie igły, które teraz znalazły sobie nowe lokum.
Westchnął ciężko i znów wbił wzrok w okno, ze smutkiem stwierdzając, że jego ludziki z opon Miszlę zaszły znowu parą i pozostały tylko kontury, powoli znikające pod zmieniającą stan wodą (nigdy nie byłam dobra z chemii, tym bardziej on, ale brzmi poetycko, okej). Właściwie to nie chciało mu się robić tej pracy, za dużo pisania, jak na razie napisał tytuł, a pod spodem dorysował „:D”. Na pewno jej takiej nie odda. Zatrzasnął zeszyt, zatrzasnął książki i rzucił je na stertę ubrań, po czym rozprostował w końcu nogi, krzywiąc się, kiedy mocno strzyknęło mu w kościach. Głupie kości, czy musiał mieć takie długie nogi, kiedy schylił się do kolan, to wyglądał jakby kłaniał się Mo. Prawdę mówiąc od dwóch lat wyznawał moizm, więc pasowałoby.
Stanął w końcu na miarę stabilnym skrawku nieodkurzanego przez wieki dywanu i zdał sobie sprawę, że pokój babcia chyba przezornie dostosowała wysokością do wzrostu Mo, bo czuł się jak olbrzym w domku dla lalek. Przebił się przez stosy książek i stolik zrobiony z tomików poezji, po czym usiadł za dziewczyną i oparł jej brodę na ramieniu, żeby przez nie podglądać co robi. Rozpraszał ją, wiedział, ale czułby się źle, gdyby sam wyszedł coś porobić. Od czasu, kiedy przyjechała do niego, do Paryża, była jego prawą ręką i nogą!
Poza tym pachniała truskawkową gumą rozpuszczalną. Musiał tylko pogrzebać jej w kieszeniach swetra, to oboje byliby jak taka guma!
Jo
[Witam na blogu!]
OdpowiedzUsuńOle Villadsen
[Dwa lata w Sztokholmie, powiadasz... hmmmm! :)]
OdpowiedzUsuńBenedikt
[Heeeej, hej! Przeurocza ta twoja postać!]
OdpowiedzUsuńZarina
[Witam Cię. Bardzo mi się podoba i ona, i Twoja karta. Zapraszam do Rox. Może coś wymyślimy, hm?]
OdpowiedzUsuńRoxanne
[Bardzo, bardzo chcę wątek z tą cudowną panią! Mogli na siebie wpaść w podstawówce w Sztokholmie, setki tak temu, albo nawet się w niej minąć. Ponowne/pierwsze spotkanie w antykwariacie, od rozmowy do rozmowy i okaże się, że mają więcej wspólnego niż tylko niską skłonność do ładnej opalenizny?]
OdpowiedzUsuńMatthias de Wachter
[Awww, a juz wygladalo mi na ladna opcje powiazania ;(]
OdpowiedzUsuńBenedikt
Dojazd do mieszkania z centrum zawsze zajmował mu niemiłosiernie dużo czasu. Za każdym razem wyrzucał też sobie, że wydał dziesiątki euro na bilet miesięczny do metra, na które zwyczajnie nie było go stać. Nie prosił jednak rodziców o pieniądze. Miałby zbyt wielkie wyrzuty sumienia. Miał wakacje, ale zamiast wylegiwać się na jakiejś zatłoczonej plaży, musiał zarabiać na życie. Nie znosił Paryża za te wszystkie rzeczy, które widzi się na pastelowych polaroidach, a które w rzeczywistości okazują się tak dalekie od prawdy, jak względnie tanie miejsce zamieszkania od jakiegokolwiek miejsca w stolicy wartego zobaczenia. Wysiadł, podążając za wiecznie hałaśliwym tłumem wiecznie nieuprzejmych Francuzów i wiecznie ślimaczących się turystów. Powoli sam nabierał swoistego zblazowania w sposobie bycia. Było to trochę nieuniknione.
OdpowiedzUsuńPo kilkugodzinnej zmianie w restauracji i graniu znienawidzonego jazzu do wtóru hałaśliwych rozmów o giełdzie zwykle chciał jedynie coś zjeść i paść na łóżko w ubraniu. Miał dość tego wszystkiego, ale nie mógł zwyczajnie zrezygnować z pracy. Potrzebował pieniędzy, a pięciogwiazdkowy hotel płacił mu dużo więcej niż inne miejsca. Musiał więc zacisnąć zęby i skupić się na myśli o czeku, który wypiszą mu pod koniec miesiąca.
Popołudnie było bardzo gorące. Zdjął więc marynarkę, kierując się niespiesznie w stronę wynajmowanego na wakacje mieszkania. Była to dla niego nietypowa pora powrotu, ale fortepian pojechał tego dnia do naprawy, bo jakiś niewprawny kelner wylał na niego tacę z szampanem. Instrument był na tyle drogi, że bano się o jakość dźwięku, który miał się wydobywać z zamoczonych strun. Na wszelki wypadek postanowiono spytać o radę eksperta. Dla niego oznaczało to jedynie dzień wolny.
Po drodze zauważył baner miejsca, do którego zwykle wpadał tylko w weekendy. Wiedział, że kolejna wizyta w antykwariacie skończy się kupnem kolejnych książek, ale zwyczajnie nie potrafił sobie odmówić. Zszedł po schodkach i wszedł do środka. Dzwoneczek zawieszony za drewnianymi drzwiami zabrzęczał cicho, oznajmiając jego przybycie. Przywitał się ze starszawym właścicielem sklepu i skierował się ku swoim ulubionym regałom. Na drabince opartej o półki stała drobna dziewczyna, ustawiając książki na najwyższej z nich. Podszedł w tamtą stronę i zaczął przeglądać tytuły, jak zawsze. Bezwiednie przysunął się w jej stronę, widząc stare wydanie "Zbrodni i kary". W tym samym momencie, jak na złość, z jej drobnych dłoni wysunęła się sterta książek, spadając prosto na jego głowę. Książki nie były specjalnie ciężkie, nie miały też twardych okładek, ale mimo to zaklął odruchowo po szwedzku, osłaniając nieco za późno twarz przed uderzeniami.
-Nic się nie stało. - powiedział jeden, drugi i trzeci raz, słuchając przeprosin dziewczyny, która niemal zeskoczyła z drabinki widząc, co się stało. Sprawdził jedynie, czy jego głowa jest w jednym kawałku i uśmiechnął się do niej, po raz pierwszy patrząc jej w oczy. - Czekaj... - powiedział niepewnie, widząc jej zakłopotanie i płonące od wstydu policzki pod warstwą piegów. - Czy my się skądś nie znamy? - spytał, bo dałby sobie uciąć rękę, że gdzieś ją wcześniej widział.
Matthias
[Smuteczek milion, zlamane serce bardzo, weltschmerz i brak ciasteczek
OdpowiedzUsuńBenedikt
[Dziękuję, bardzo mi miło. xd Ach, nie szkodzi przecież. I tak możemy wyskrobać jakiś wątek, prawda?]
OdpowiedzUsuńZarina