14 sierpnia 2014

TOXIC

Pojawiła się Znikąd i Donikąd pewnie odejdzie. Splunie Ci w twarz, nadepnie na piętę i zapali papierosa, jakby to nie ona podpaliła przed chwilą Twoje włosy. Córka Swojej Matki- nazywa ją ojciec. Córka Swego Ojca- nazywa ja matka. A Ci, którzy uważają się za znajomych wołają za nią Lottie, jak do taniej prostytutki lub bohaterki bajek dla dzieci.  
Jedynie Ona nazywała ją Kochaniem, jednakże Lottie była dla niej Kochaniem jak każda inna kobieta, z którą kiedykolwiek się spotykała i Ona wiedziała; wiedziała dobrze, że Lottie nie będzie jej Kochaniem na zawsze. Ona po trzech miesiącach napisała ołówkiem, na torbie po bułkach "Odchodzę" i odeszła, zapalając papierosa w drodze do metra.
Następnych trzech miesięcy Lottie nie pamięta i nie żałuje. Wie tylko, że kolczyk w nosie przeszkadzał we wciąganiu koki, dlatego go wyjęła. Straciła rok uczelni. Najpierw na romans, później na leczenie się proszkami i magicznymi pigułkami, a następnie na odwyk, który podobno miał pomóc. Zrezygnowała z drugiego kierunku studiów jakim było dziennikarstwo twierdząc, że i tak nigdy nie byłaby w tym dobra.
Teraz? Usilnie chce czuć się potrzebna, usilnie próbuje nie zjadać ludzi żywcem i usilnie stara się nie robić z siebie mdłej mimozy przez to, że nie wie co powiedzieć.
Chce zapalić papierosa na plaży Dawida, popatrzeć na nagie piersi opalających się kobiet oraz gołe torsy mężczyzn i znowu poczuć się jak część tego rozbieranego towarzystwa, szczającego po kątach. Córka właściciela pięciu hoteli na Lazurowym Wybrzeżu i kobiety, której restauracja znana jest wśród bogatych biznesmanów, arabskich szejków i spadkobierców dużych pieniędzy.


 

Charlotte Delacroix
Fotografia
23 lata
Mieszka w dwupokojowym mieszkaniu, małą piwnicę przerobiła w niewielką ciemnię.
Papierosy w kieszeni, ale nie w ustach.
Plecak z marchewkami dla Maggie M'Gill, która jest jej klaczą od początku świata (roku) i która imię zawdzięcza miłości do The Doors a bycie własnością Lottie temu, że jest karą klaczą folbluta.
Okulary przeciwsłoneczne kupione od czarnoskórego sprzedawcy Wędrowniczka, bo szkoda jej więcej niż pięć euro na coś, na czym zaraz usiądzie.

33 komentarze:

  1. [Smutek, bo podglądałam z uśmiechem na ustach, a zdjęcie jak się nie wyświetlało, tak nadal się nie wyświetla. :<]

    W sumie jeszcze mnie tu nie ma

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Powalczę ze zdjęciem jak mi końcówka it zniknie, bo już kręćka dostaję od tych wszystkich hotelowych zabezpieczeń. Mam nadzieję, że "jeszcze nie ma" prędko zamieni się w "już jestem", uśmiech zaś spowodowany jest nie rozbawieniem, czy drwiną, tylko czymś innym (z zażenowania człowiek rzadko się uśmiecha) ]

      Usuń
  2. [Przybywam by się przywitać i zagaić. Zatem witam i zapraszam do wątku ;]

    Roxanne

    OdpowiedzUsuń
  3. [Więc zacznę, dziś lub jutro. Więc zakładamy, że panie się znają, tak?]

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dobry, dobry. Nie znam taniej prostytutki o imieniu Lottie, ale znam tę z tej bajki.]

    Ole Villadsen

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć.
    Żyję w głębokim przekonaniu, że jedna może zrobić coś tak wrednego, że zaimponuje drugiej wystarczająco, by stworzyły razem najlepszy jędzowaty team w historii. Taka twarda przyjaźń, ale wystarczy, że obie znajdą coś, czego nienawidzą, zrobią coś głupiego i to będzie początek najpiękniejszej znajomości xD
    Z matkami mogłoby być trudno, bo matka Léo zabarykadowała się w mieszkaniu i stamtąd nie wychodzi, jeśli ktoś ją siłą do tego nie zmusi, a w takich warunkach znajomość raczej nie przetrwa.]

    Léonie

    OdpowiedzUsuń
  6. [A ona by chciała mieć coś wspólnego z nim?]

    Ole Villadsen

    OdpowiedzUsuń
  7. [Wieczór. W sumie ciekawa ta Twoja Lottie. Damy radę z wątkiem?]

    Karoline N.

    OdpowiedzUsuń
  8. [Niech sobie będzie czysta, a on będzie się z niej nabijał.
    Niech mu odda zdjęcia rzeźb, żeby mógł się nimi chwalić wszędzie bez zabierania ich ze sobą.]

    Ole Villadsen

    OdpowiedzUsuń
  9. [Tak, a jego pracownią jest pokój w akademiku, który dzieli z ludźmi. Żywymi, nie gipsowymi i z rękoma. Mogłaby go odwiedzić w tej akademickiej pracowni, w której powstają wazony itp. ]

    Ole Villadsen

    OdpowiedzUsuń
  10. [Pewnie. Karo wszystko zrobi dla nakarmienia swojego ego, pozować też może, a jak!]

    Karoline

    OdpowiedzUsuń
  11. [Spokojny Szwed kocha wszystkich bez wyjatku, wiec jak najbardziej :)
    A jak jeszcze zaczniesz watka, to juz w ogole pelnia szczescia! :P]

    Benedikt

    OdpowiedzUsuń
  12. [Wybacz, że tak długo musiałaś czekać]

    Potrzebowała inspiracji. W ostatnich dniach czuła się kompletnie wyrzuta i wypluta ze wszystkich pomysłów. To było okropne, pustka przepełniała ją i nie mogła tego znieść. Jak wiadomo Paryż to stolica mody. Musiałaby więc być tępa, nie wykorzystując tej możliwości na złapanie jakiegoś super hiper pomysłu.
    Tak więc udała się na długi spacer najbardziej zaludnionymi uliczkami Paryża. Tak chodziła sobie od samego rana, a przecież goniło ją już południe.
    Niestety nic konkretnego ją nie oświeciło. Próbowała dalej.
    Czując, że w końcu nogi wchodzą jej w d... przysiadła na ławce znajdującej się nieopodal. Akurat była ona na przeciwko restauracji. Ściana była przeszklona, a więc ze środka było widać całą ulicę, jak i na odwrót. Jednakże nie zwracała na to jakiejś szczególnej uwagi. Bo przecież nie będzie się gapiła na ludzi jak jakaś wariatka.
    Wyjęła telefon, sprawdziła kilka portali i... podniosła wzrok na szybę, kiedy to mignęło jej, że ktoś jej macha. Przez szybę.
    Nie zdawało jej się. Koleżanka. Nie wyglądała na zbyt zainteresowaną jakimś obiadkiem czy czymkolwiek to tam było. Błagalnie składała ręce, by ta jakoś wydostała ją stamtąd.
    Zaśmiała się sama do siebie. Schowała się, by przez szybę nie było jej widać przez szybę. Wybrała numer Charlotte.
    -Halo?! Charlotte?- krzyczała. Nie ważne, że w momencie ściągnęła na siebie wzrok chyba wszystkich paryżan. Najważniejsze by Ci z tego bankietu usłyszeli ją przez słuchawkę.- Pomóż mi proszę. Nie wiem gdzie jestem. Pojechałam ze znajomym na randkę i on... on zostawił mnie w jakimś lesie! Zabrał mój samochód i przywiązał moje nogi do jakiejś skały! Błagam pomóż mi!- krzyczała.
    [I za to powyżej też wybacz]

    Roxanne

    OdpowiedzUsuń
  13. [Ta jest.]

    Wyciągnęła sobie papierosa. Odpaliły.
    -No trudno.- mruknęła słysząc jej uwagę na temat krzyku. Co do towarzystwa, to nie wiedziała czy jest aż tak źle, a więc nie mogła specjalnie wypowiedzieć się na ten temat. Raczej nie obracała się w takowym. To fakt, że jej matka miała grono wyrafinowanych znajomych, jednak starała się swoje dzieci trzymać jak najdalej od nich. Swojego synka to jeszcze pół biedy. Ale córkę? Nie daj Bóg!
    Było pewne, że ich oboje traktowała jak niedorobione dzieciory, z tym że do synka miała słabość. Roxanne nawet nie prosiła się o jej uwagę. Od dawna miała na nią wyje*ane i heja.
    Zaciągnęła się. Nie paliła często, ale zdarzało się, jak najbardziej. Przeszło jej przez myśl, że może to jakoś wewnętrznie wpłynie na jej umysł, pobudzając szare komórki do działania.
    -To co teraz? Piwa byś się nie napiła?- zapytała, poprawiając sznurówkę wielkiego buciora, w który odziana była jej mała stópka.- W ogóle... całkiem ładnie wyglądasz. Tylko kolor nie Twój.- rzuciła, wzruszając ramionami. Ot taka nieproszona, mimowolna uwaga. Może odrobinę nie na miejscu, ale całkiem życzliwa. Uśmiechnęła się lekko do niej, by ta nie odebrała tego źle.- To jak?- ponagliła ją z odpowiedzią, zaciągając się ponownie.

    Roxanne

    OdpowiedzUsuń
  14. [Dobry wieczór, a jakże. Dobrze widzieć, że nadal są autorzy, którzy potrafią stworzyć tak ciekawą kartę. Jeśli się postaramy, być może uda nam się "Poskromienie złośnicy"? Jeśli nie, wrogów i tak powinno się trzymać bliżej niż przyjaciół, czyż nie?
    Proponuję poznanie ich przez restaurację jej matki.]

    Dojazd do centrum zawsze zajmował mu niemiłosiernie dużo czasu. Za każdym razem wyrzucał też sobie, że wydał dziesiątki euro na bilet miesięczny do metra, na które zwyczajnie nie było go stać. Nie prosił jednak rodziców o pieniądze. Miałby zbyt wielkie wyrzuty sumienia. Miał wakacje, ale zamiast wylegiwać się na jakiejś zatłoczonej plaży, musiał zarabiać na życie. Nie znosił Paryża za te wszystkie rzeczy, które widzi się na pastelowych polaroidach, a które w rzeczywistości okazują się tak dalekie od prawdy, jak akademik od jakiegokolwiek miejsca w stolicy wartego zobaczenia. Poprawił wąski krawat, sprawdzając, czy szef nie będzie miał się do czego przyczepić w jego ubiorze i wysiadł, podążając za wiecznie hałaśliwym tłumem wiecznie nieuprzejmych Francuzów i wiecznie ślimaczących się turystów. Powoli sam nabierał swoistego zblazowania w sposobie bycia. Było to trochę nieuniknione.
    Gdyby rodzice wiedzieli, że gra wieczorami w eleganckiej restauracji, zapewne poradziliby mu, by wrócił do domu. Był to bowiem jego największy koszmar. Nie miał jednak wyjścia. Przebicie się w tutejszym światku artystycznym było niemal niemożliwe. Jego praca nie byłaby taka zła, gdyby nie fakt, że przez większość czasu kazano mu grać jazz, którego po prostu nienawidził. Zarabiał jednak całkiem nieźle i liczył na to, że ktoś kiedyś dostrzeże jego talent i podejdzie, by wyrwać go z tego miejsca i zaproponować stały kontrakt. Większość gości restauracji była jednak zbyt zajęta rozmowami o giełdzie, by w ogóle zwrócić uwagę na jego grę.
    W trakcie krótkiej przerwy wyszedł na zewnątrz, czując przemożną ochotę zapalenia. Zgubił jednak zapalniczkę gdzieś w drodze do pracy, w metrze, być może nawet w korytarzu akademika. Westchnął, wyjmując papieros spomiędzy warg. Rozejrzał się i podszedł do stojącej nieopodal dziewczyny, która udawała, że usilnie przegląda coś w telefonie. Była elegancko ubrana i mogła być jedynie klientką restauracji.
    -Przepraszam, masz może ogień? - spytał, przyglądając się jej.

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  15. Mieszkanie w akademiku miało zalety i wady, jak wszystko w życiu, jednak tych drugich miało znacznie więcej. Przede wszystkim Ole miał o wiele mniej przestrzeni do zagospodarowania swoimi rzeźbiarskimi koszmarami niż w kawalerce, którą wynajmował przed czterema laty z pewną uroczą dziewczyną, której nie przeszkadzały niedokończone gipsowe popiersia walające się po dywanie wielokrotnie przypalanym niedopałkami papierosów. Karoline nie przeszkadzał też pył, który unosił się od czasu do czasu; właściwie żadnego z nich nie interesowała estetyczna poprawność wnętrza miejsca ich zamieszkania, bo z reguły nie przyjmowali gości, a Ole lubił brud i bałagan, gdyż w epicentrum tego nie czuł się bogatym bananowym dzieckiem i łatwiej szło mu uwrażliwić się na piękno, wyobrazić sobie, że wszystko co ma, to sztuka, podczas gdy w rzeczywistości był w posiadaniu małego archipelagu wysp, zupełnie jak pewien znany aktor (za życia). Niestety, teraz dzielił pokój z kimś, kto nie lubił potykać się na dłutach czy pędzlach, więc cały ten asortyment znajdował się w pracowni rzeźbiarskiej.
    Akurat babrał dłonie w glinie, aby uzyskać formę pod kolejną rzeźbę, kiedy do jego uszu dotarł dźwięk pukania. Chłopak nie zdążył przetrzeć rąk starym ręcznikiem, kiedy Lotte sama zaprosiła się do środka.
    - Wyglądasz jak gówno - skomplementował ją na powitanie. - Musisz zaczekać, aż skończę tę, którą dopiero zacząłem, ale postaram się wyrobić w godzinę. Masz ze sobą coś do jedzenia? Siedzę tu od siódmej.
    Faktycznie, dzień zaczął wcześnie jak na siebie, prawie nigdy nie zdarzało się, aby zjawiał się na uczelni przed jedenastą. Ale nie mógł inaczej, od poprzedniego wieczora był podekscytowany na myśl o wypróbowaniu tego, co dostał w urodzinowym prezencie, a w momencie, kiedy zbliżał się przegląd, miał kilkanaście zaległych prac, których nadrobienie z pewnością kosztowało sił. Zaciągnął się fajką mocno, jakby pomylił ją z lufą, ale nie istniało w jego głowie nic oprócz idei i tę ideę pragnął szybko zrealizować, zanim ucieknie, mimo iż dalej docierały do niego słowa Charlotte, więc śmiało mogła po nim jechać za to ewidentne lenistwo.

    Ole Villadsen

    OdpowiedzUsuń
  16. [a co ty na to by oboje krzywdzili innych? Mike jest do tego zdolny. Poza tym czasami oboje nawzajem mogli by sie pilnować by nie przesadzić.
    Dogadywać by mogli się całkiem dobrze, na bezpiecznym poziomie
    Poza tym tak zmieniajc temat, punkt za użycie nazwy folblut, pierwszy raz spotkałam sie by ktoś określił tak konia pełnokrwistego anglika]

    Mickaël

    OdpowiedzUsuń
  17. Swiat modelingu raczej nigdy nie pociagal Benedikta. Byc moze byl zbyt malo narcystyczny, moze zbyt mily i empatyczny, moze w ogole pozbawiony byl tego autodestrukcyjnego pedu, ktory zdawali sie miec wszyscy inni. Dbal o siebie, i owszem, bo uwazal cialo, dusze i umysl za wzajemnie oddzialujace na siebie elementy. Jako ze pragnal wykorzystac swoj intelektualny potencjal w muzyce, czul ze i jego cialo musi byc w dobrej formie. Tylko dlatego zostanie modelem nie wydawalo mu sie odpychajacym pomyslem, o ile pieniadze za ta dziwaczna prace wystarczalyby na wzglednie wygodne, samodzielne zycie. Nie mial bowiem wcale ochoty zyc na garnuszku rodzicow.
    Ale znudzilo go to wszystko, zbyt sie skomplikowalo, zaczelo zbyt wiele od niego wymagac. Wiec zostawil, rzucil to, bo po co mu to nadal ciagnac, skoro posiadal juz piekny domek nad jeziorem w Mariefred, a takze apartamenty w kilku stolicach, ktorych wynajem przynosil mu dochod spokojnie pozwalajacy na zycie na wysokim poziomie. Oczywiscie, nie to, ze modeling przyniosl Benowi tak wielkie pieniadze, zeby stac go bylo na zakup apartamentu na Manhattanie, czy londynskiej South Kensington. Odpowiednie inwestycje, ot co. Sluszne wybory. Duzo szczescia. Hazard. Ryzyko, wszystko albo nic.
    Teraz jednak byl w Paryzu, pogon za marzeniami zaprowadzila go az tutaj, choc nie byl wielbicielem tego miasta. Modeling to sprawa zamknieta... czyzby?
    Patrzyl na ta dziewczyne, pamietal ja, oczywiscie, ale z kazdym jej slowem narastal w nim pewnego rodzaju niepokoj. To dziwne uczucie zawsze towarzyszy nawiazaniom do zamknietych rozdzialow zycia.
    -Skonczylem z tym - odpowiedzial spokojnie, zachowujac przyjaznie obojetny wyraz twarzy, ktory ukrywal ten podskorny niepokoj - Ale skoro zamierzasz blagac, to moze jednak lepiej, zebym od razu sie zgodzil i oszczedzil ci wysilkow - dodal szybko, obawiajac sie, ze jego heroiczna odwaga wobec siebie samego prysnie, nim zdazy dokonczyc zdanie.

    Benedikt

    OdpowiedzUsuń
  18. Wziął od niej zapalniczkę i ponownie wsunął papieros między wargi. Przez krótki moment zawahał się, wpatrując w płomień. W końcu przysunął go do bibułki i zaciągnął się, zastanawiając dlaczego właściwie oszukuje się, że nie pali, skoro potem zmuszony jest pożyczać pojedyncze papierosy od innych pracowników. W tym przypadku wcale nie wyszło mu to na dobre, bo kucharze palili jedynie czerwone Marlboro. Wypuścił dym z płuc, czując znane drapanie w gardle, które pojawiało się tylko wtedy, kiedy przez długi czas unikał nikotyny. Oddał jej zapalniczkę, dziękując. Ponownie się zaciągnął, planując w milczeniu dokończyć swój mały, uspokajający rytuał. Zmarszczył brwi, słysząc pytanie dziewczyny.
    Rzeczywiście, nie wiedział, że była spokrewniona z właścicielką. Jej elegancki strój wskazywał jednak, że stała po drugiej stronie lustra, przynajmniej tego wieczoru. Matthias nie należał też do typu ludzi, którzy spowiadają się przypadkowo napotkanej osobie.
    -Nie znam jej tak właściwie. - odparł więc dyplomatycznie, wsuwając papieros między wargi. - Przeprowadzała jedynie moją rozmowę kwalifikacyjną i była całkiem miła. Jedyne, co mi przeszkadza to fakt, że nie mogę sam wybierać tego, co gram. Nie znoszę jazzu. - dodał, po czym odwrócił się nieznacznie w jej stronę. - A ty? Od kogo uciekasz? - spytał wprost, pozwalając sobie na dokładniejsze przyjrzenie się jej eleganckiemu strojowi i dokładnemu, dość mocnemu makijażowi. Wypuścił dym w powietrze, dając sobie moment na ułożenie kilku wniosków co do jej osoby. Zawsze lubił to, że palenie pozwala mu na niezobowiązujące nawiązywanie rozmowy z zupełnie obcymi mu ludźmi. Nieważne jak bardzo byli różni – łączyła ich ta jedna, mała rzecz.

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  19. -Można, jeśli ma się dobry gust. -odparł jedynie spokojnie. Nie było zbyt wielu rzeczy w życiu, o które byłby się w stanie kłócić. Muzyka była jednak dla niego czymś tak fundamentalnym, że nigdy by nie ustąpił. Z drugiej strony wcale nie zależało mu na opinii dziewczyny. Przyzwyczaił się już do faktu, że w Paryżu wszyscy byli niemili, w większości przypadków zapatrzeni w siebie i nie pomogliby komuś, choćby od tego miało zależeć ich życie. Takie było "najromantyczniejsze miasto świata" – pełne egoistycznych, choć dobrze ubranych narcyzów. Jak widać ona nie była wyjątkiem. -Nie każdy ma możliwość robienia co mu się żywnie podoba za pieniądze rodziców. - odparł na wzmiankę o hipokryzji. - Niektórzy muszą zarabiać na życie. - rozbawiła go. Droga sukienka, buty, mocny makijaż kryły za sobą zwyczajną dziewczynę. Całe jej zachowanie, wszystko zamiast go zdenerwować, czy przestraszyć, jedynie wprawiło go w dobry humor. W pewnym sensie zaczął jej współczuć. Szefowa rzeczywiście była bowiem wrednym, mściwym człowiekiem. Nigdy nie usłyszał od niej dobrego słowa, czy to w odniesieniu do swojej pracy, czy gotowania kucharzy. Jeśli się odzywała to tylko by skrytykować. Jeśli dziewczyna dorastała w takim środowisku, nie dziwiło go już jej zachowanie. Postanowił jednak, że nie da się jej zmieszać z brudem na chodnikach. W swoim małym światku mogła się czuć, jak arystokratka. Dla niego była jedynie kolejną rozpieszczoną paryżanką. - Odpowiadając na pytanie waszej wysokości... - rzucił za nią nieco głośniej, zaciągając się po raz ostatni. - nie zwróciłbym się na "ty" do żadnej z księżniczek Szwecji. Wiktoria i Magdalena podróżują ze strażą przyboczną. Poza tym, nie oszukujmy się, tak pięknych kobiet nie da się pomylić z byle kim! - zaśmiał się pod nosem, wyrzucając niedopałek do studzienki ściekowej. Ucieszyła go ta odpowiedź. Jego znajomość szwedzkiej monarchii przydała mu się chyba po raz pierwszy w życiu. Poprawił krawat, otrzepał marynarkę i skierował się z powrotem do restauracji, zastanawiając nad tym, czy dziewczyna spróbuje go zwolnić.

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  20. Zanim odpowiedział, przyjrzał się długiej liście. Większość utworów znał z recitali jeszcze z czasów liceum. Ktokolwiek skomponował listę, wiedział co robi – był to zestaw idealny na wieczór, pełen delikatnych, przyjemnych dla ucha etiud, preludiów i walców.
    -Zgadzam się i dziękuję. - powiedział, nie odrywając wzroku od kartki. Zaczął się zastanawiać, gdzie może mieć swoje stare teczki z nutami. Mógłby równie dobrze wypożyczyć zbiory z uczelnianej biblioteki i je pokserować, ale pamiętał, że jego profesor zawsze dawał mu dobre wskazówki i miał zwyczaj mazać po partyturze w miejscach, gdzie Matthias popełniał błędy. Przydałoby mu się to teraz, zwłaszcza, że wiele z tych rzeczy zwyczajnie pozapominał. Upewnił się, że szefowa nie chciała od niego niczego więcej i wrócił do pracy. Przez cały czas grania utworów Hazeltine'a zastanawiał się, który z numerów na liście na bankiet będzie jeszcze musiał rozczytać, które będzie w stanie zagrać z pamięci i w jakiej kolejności je zagra. Nie mógł się nie uśmiechać, wiedząc, że choć przez jeden wieczór pozwolono mu zagrać coś, co lubił. Fakt, że zarobiłby też nieco więcej sprawił, że przestał się przejmować rachunkami za ostatni kwartał.
    Przez cały następny tydzień siedział tylko i wyłącznie na uczelni i w pracy, non-stop grając, trochę dlatego, że wiele rzeczy musiał jeszcze dopracować, a trochę dlatego, że rozczytywanie starych nut wprawiało go w naprawdę dobry nastrój. Przypominały mu jego naukę i życie w Sztokholmie, kiedy wszystko wydawało się prostsze. Kupił na nadchodzący wieczór nową koszulę i założył swój najelegantszy garnitur, który zakładał tylko na egzaminy końcowe. Poprawił muszkę, sprawdził, czy ma ze sobą wszystkie potrzebne nuty i pożegnawszy się ze współlokatorem, wyszedł do pracy. Mike zmarszczył brwi, rzucając, że jest w nienaturalnie dobrym humorze. Matthias nie odpowiedział, uśmiechając się pod nosem. Naprawdę cieszył się na dzisiejszy wieczór.
    Restauracja była przepiękna. Całe wnętrze zdawało się świecić nowym blaskiem. Stoły przestawiono i udekorowano jak na przyjęcie dla samego premiera. Białe obrusy zdawały się odbijać światło z kandelabrów. Był na miejscu na dwie godziny przed czasem, by rozruszać palce i wyczuć instrument. Musiał też omówić kwestie organizacyjne z kwartetem smyczkowym, który go zmieniał. Na razie nie było ich jednak na miejscu. Usiadł więc przy instumencie, nie otwierając klapy (by muzyka nie była za głośna) i postanowił poćwiczyć w oczekiwaniu na zespół. Zaczął od 7 Humoreski Dvořáka w G-dur, potem przegrał na szybko piętnastą Sonatę Mozarta w F-dur, ale żaden z utworów nie stanowił dla niego większego wyzwania. Postanowił więc zagrać coś, czego nie było na liście. Pogrzebał w teczce z nutami i wyciągnął Etiudę opus dwudzieste piąte Chopina, którą ćwiczył na przesłuchanie, które miało miejsce po każdych wakacjach. Uczelnia nie uznawała bowiem przerw w grze zupełnie tak, jak każdy szanujący się muzyk. Jeden dzień bez ćwiczeń oznaczał bowiem utratę tygodniowych postępów. Od dawna wiedział więc, że fortepian jest jego życiem. Wyprostował się, wziął głębszy oddech, jak zawsze wybrażając sobie pierwsze kilka taktów i odpowiedni ruch dłoni i palców. Dotknął chłodnej klawiatury i zaczął grać, trochę wolniej niż przewidział to kompozytor, ale dzięki temu bez słyszalnych dla postronnego ucha błędów. Kiedy grał tak zaawansowane utwory wszystko wokół znikało. W pomieszczeniu był już tylko on i fortepian.

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  21. Kiedy usłyszał jej głos tak blisko siebie, niemal podskoczył. Zwyczajnie nie spodziewał się, że ktoś podejdzie do niego i przeszkodzi mu w grze w tak nieoczekiwany sposób. Na moment przerwał grę, trochę tracąc wątek. Odwrócił się i przyjrzał dziewczynie. Na początku jej nie rozpoznał. Tamtego wieczoru rozmawiali w końcu krócej niż pięć minut. Do tego wyglądała teraz zupełnie inaczej. Było jej dużo bardziej do twarzy w mniej wyzywającym makijażu i stonowanym stroju. Nie wyglądała, jak przebrana w cudzy kostium. Nie znał jej, ale mógł podejrzewać, że to obraz nieco bliższy normalności. Spojrzał ponownie w nuty, odnalazł odpowiedni takt i zaczął ponownie grać od urwanego momentu, nie odpowiadając przez dobrych kilka sekund, dopóki palce nie straciły lekkiej sztywności, wywołanej jej nagłym towarzystwem. Nie chodziło o tremę, czy nawet fakt, że obserwowała go przez ramię. Walki ze scenicznym strachem nauczył się jeszcze w podstawówce. Po prostu analizował w głowie różne odpowiedzi i to, jaki efekty przyniosłyby one w jego pracy.
    -Rzuciłem. - powiedział krótko, przewracając stronę lewą ręką i kontynuując grę, jak gdyby wcale jej tam nie było. Kiedy otworzyła klapę, zmarszczył brwi. Popatrzył na nią uważnie, zastanawiając się w co dziewczyna pogrywa. Jako córka szefowej była zapewne automatycznie zaproszona na bankiet. Nie wiedział jednak właściwie co skłoniło ją do pojawienia się, skoro średnia wieku była niemal dwukrotnie większa od tej na nagrobku Mozarta. Uznał jednak, że nie będzie się z nią wdawał w dyskusje i zagrał trzeci Nokturn Liszta, o którym wspomniała. Był on zresztą jednym z punktów na liście. Spojrzał na nią znad klawiatury. - Znamy więc autorkę zestawu na dzisiejszy wieczór. - powiedział, wygrywając delikatnie pierwszych kilkanaście taktów, które były najspokojniejszą częścią całego utworu.

    [Jak to mówią – się gra... się zna. *smile* Cieszę się, że będą mieli o czym pogadać, a ja będę mieć okazję do porozwodzenia się nad pięknem scherz symfonicznych.]

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  22. [W sumie racja, chyba nie było nic gorszego jak tak się zastanowię.]

    Rzeczywiście, nie znał jej imienia. Nie sądził też, że będzie o nią wypytywał. Wdawanie się w rozmowy, a tym bardziej w jakiekolwiek relacje z córką szefowej byłoby przecież głupim posunięciem. Dlatego postanowił, że utrzyma między nimi dystans, którego chyba zresztą sama oczekiwała, traktując go z góry podczas ich pierwszego spotkania. Problem polegał jednak na tym, że Matthias był z natury miłym człowiekiem i nie potrafił zbyt długo utrzymywać pozorów złośliwości. Jedynym wyjątkiem były sytuacje, w których ktoś rzeczywiście go zranił. Być może dlatego tak źle czuł się w tym mieście? Wszyscy bowiem byli tu nastawieni przede wszystkim na siebie. On wychodził z trochę innego założenia. Po prostu tu nie pasował. Prestiż uczelni sprawił jednak, że musiał zapomnieć o takich szczegółach i zacisnąć zęby. Zdobywał tu dobre wykształcenie i był na tyle daleko od domu, że w końcu miał szansę uniezależnić się od kochających, ale trochę nadopiekuńczych rodziców.
    Odprowadził ją wzrokiem, ale nie przerwał gry. Musiał skupić się na dzisiejszym zadaniu. Brał je bardzo na poważnie, choć zdawał sobie sprawę z tego, że jego muzyka nie będzie tej nocy na pierwszym planie. Mimo to za bardzo kochał to, co robił, by pozwolić sobie na słabą grę i półśrodki. Zawsze stawał na wysokości zadania. Chyba, że chodziło o jazz... wtedy było mu zupełnie wszystko jedno. Wyjął z teczki Consolation Liszta w D-dur i zagrał, choć trochę trudniej było mu się teraz skupić. Co jakiś czas spoglądał w stronę wyjścia, przed którym stała dziewczyna, co jakiś czas wydmuchując papierosowy dym. Jego uwagę odwrócił jednak kwartet smyczkowy, który w końcu przyjechał na miejsce. Muzycy byli dużo starsi i traktowali go trochę z góry, ale nie przejął się tym. Nie musiał z nimi grać i to było najważniejsze.
    Początek wieczoru upłynął mu naprawdę szybko. Bankiet rozpoczął się o dwudziestej. Pierwsi goście pojawili się na miejscu niemal o równej godzinie. Kelnerzy podawali wszystkim szampana w wysokich kieliszkach. Rozpoczął program od trzeciej Etiudy Chopina w D-dur. Nie grał zbyt szybko. Goście wbrew jego oczekiwaniom uśmiechali się do niego, co trochę go zaskoczyło. Pierwsze pół godziny upłynęło mu naprawdę szybko. Grę przerwał mu organizator imprezy, który informował gości o odbywającej się tego wieczoru „cichej aukcji”, której dochody miały zostać przeznaczone na cele lokalnej Fundacji walczącej z Alzheimer'em. Potem opowiedział wszystkim o przebiegu wieczoru. Matthias wykorzystał ten moment na chwilę odpoczynku i napicie się czegoś na zapleczu. Kuchnia brzęczała i parowała wśród nerwowych krzyków kucharzy. Wszystko musiało być dzisiaj idealne. Wrócił na scenę i zagrał kilka kolejnych utworów. Po godzinie zmienił go kwartet smyczkowy. Miał teraz chwilę przerwy. W ramach pracy miał zapewnione również jedzenie. Skierował się więc na zaplecze, gdzie przygotowano dla niego talerz z dala od hałasu towarzyszącego gotowaniu. Miał teraz chwilę, by odetchnąć i coś zjeść po trzech godzinach przy fortepianie. Nie wiedział jednak, że będzie tam też córka szefowej. Wyglądała na zmęczoną. Piła szampana z kieliszka, przeglądając coś w telefonie. Uznał, że nie będzie potęgował dziwnej ciszy i odezwał się:
    -Ciągle na siebie wpadamy. To chyba przeznaczenie. - uśmiechnął się pod nosem. - Przeznaczenie, lub fakt, że tu pracuję, a ten mały pokoik to jedyne miejsce, gdzie nie słychać hałasu z restauracji. - dodał, widząc, że nie zareagowała na jego żart. Usiadł i upił łyk wody.

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  23. Był szczerze zdziwiony zmianą jej nastawienia z bardzo chłodnej i zdystansowanej w niemal neutralną. Zamiast rozluźnić, wprawiło go to jedynie w lekkie zakłopotanie. Zdecydowanie nie czuł się przy niej swobodnie. Nie znał jej i nie wiedział, czy, a raczej jak bardzo musi filtrować swoje wypowiedzi. Wolał po prostu uważać. Podziękował jej za kawę i dorzucił sobie dwie kostki cukru. Nie użył jednak mleka, na które był bardzo uczulony. Gdyby wypił choć niewielką ilość, resztę wieczoru mógłby jedynie spędzić w łóżku i domowej toalecie, próbując nie umrzeć. Upił łyk gorącego napoju. Sam nie zdawał sobie sprawy jak bardzo tego potrzebował. Sięgnął po sztućce i zjadł kawałek steku, który zaserwował dla niego jeden z kucharzy. Kiedy ponownie podała mu papieros, sięgnął do paczki, ale zamiast zapalić, wsunął go do wewnętrznej kieszeni marynarki.
    -Nie lubię palić w budynkach. - powiedział, widząc jej zdziwione spojrzenie. - Ale dziękuję. Przyda się, jeśli mam wytrwać do czwartej nad ranem. - uśmiechnął się i odkroił kolejny kawałek mięsa. O restauracji można było powiedzieć wiele rzeczy – że była miejscem dla snobów, że ceny były wygórowane. Jedno było jednak pewne – jedzenie i wino zawsze było wyśmienite. Odłożył sztućce i przyjrzał się jej. Nie patrzyła na niego, a na dym, który chwilę temu opuścił jej płuca. - Dwie godziny, tak. - odparł. - Ale muszę być w gotowości, w razie gdyby kwartet nagle potrzebował przerwy przez zerwaną strunę lub smyczek. Swoją drogą, głupio mi, że ciągle rozmawiamy, a ja się nie przedstawiłem. - dodał spokojnym, miękkim głosem. Jak zwykle wychodziły z niego dobre „maniery” i łagodna osobowość. Tak, był zdecydowanie zbyt miły, by wpasowywać się w szary tłum tego miasta. - Matthias. - zdawał sobie sprawę, że dziewczyna zapewne już zna jego imię z rozmów z matką. Nie przeszkadzało mu to jednak. W restauracyjnej hierarchii był o kilka pięter niżej i to do niego należała inicjatywa przedstawienia się. Wyciągnął w jej stronę rękę, spodziewając się, że albo ją uściśnie, albo zignoruje. Żadna z opcji mu nie przeszkadzała.

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  24. [Z wielką chęcią.]

    Dla niego instrument był całym życiem. Od momentu, kiedy pierwszy raz usłyszał operę Mozarta – co zdarzyło się pewnie jeszcze zanim się urodził, zważywszy na to, że jego matka słuchała jedynie klasyków – czuł pociąg do muzyki. Słuch absolutny i odpowiednia długość palców sprawiły, że rzeczywiście miał szansę coś osiągnąć, grając. Wymagało to jednak od niego ogromnej pracy i rezygnacji z tego wszystkiego, co można było nazwać rozrywką. Nie przeszkadzało mu to jednak. Wielogodzinne próby, recitale, nauka po nocach – wszystko to wydawało mu się po prostu normalne tak, jak pokora. Dopiero tutaj poznał pianistów, którym wydawało się, że ich technika stoi wyżej od techniki nauczycieli. On sam nie miał takiego przeświadczenia. Jej pytanie dało mu do myślenia. Wiedział jednak, że dobrze zrobił, mimo wszystko, mimo tego, że dosłownie nie znosił tego miejsca.
    Kiedy uścisnęła jego rękę, uznał, że będzie nazywał ją pełną formą „Charlotte”, głównie dlatego, że sam wolał, kiedy nie skracano i nie amerykanizowano jego imienia. Poza tym, daleko mu było do jej „przyjaciela”. Wolał utrzymywać pozory i się nie spoufalać. Zjadł do końca kolację i zrobił sobie kolejną filiżankę kawy, wsuwając przy tym papieros w usta i zastanawiając się, czy go zapalić. W końcu jednak włożył go z powrotem do kieszonki i wyjął jedną ze starych książek, które zawsze nosił przy sobie na wypadek takich sytuacji. Jego dzisiejsza „norma” w przeczytanej liczbie stron była zdecydowanie za niska i postanowił to zmienić. Dwie godziny minęły mu bardzo szybko, czego nie mógł powiedzieć o reszcie nocy. Kryzys przyszedł około pierwszej, kiedy to poczuł taką senność, że tylko cudem powstrzymał się przed zaśnięciem na kanapie na zapleczu. Po zakończonej imprezie wszyscy zaczęli się rozchodzić do limuzyn i taksówek. W przeciągu jednej nocy zebrano ponad pięćdziesiąt tysięcy euro na badania dla Fundacji. Był szczerze zaskoczony, choć wiedział, że dla gości kwota ta musiała być jednorazowym budżetem na zakupy.
    Wyszedł przed budynek, rozglądając się wśród eleganckiego tłumu. Mógł jedynie pomarzyć o tym, by zapłacić o tej porze za taksówkę. Jak zwykle musiał skorzystać z komunikacji miejskiej, bo dojście do mieszkania zajęłoby mu ponad godzinę. Poprawił torbę na ramieniu i wsunąwszy dłonie do kieszeni skierował się w stronę najbliższego przystanku. Mógł albo zaczekać do piątej trzydzieści i pojechać metrem, albo wsiąść w któryś z nocnych autobusów. Uznał, że jest zbyt zmęczony, by przeczekać godzinę w jakiejś restauracji. Nie był senny – cztery filiżanki kawy już dawno go uodporniły – ale chciał zdjąć garnitur i odpocząć. Usiadł na przystanku i zapalił, pożyczając zapalniczkę od przypadkowego przechodnia. Dostrzegł ją wśród dużej grupy ludzi. Uśmiechała się i żegnała ze starszawymi biznesmenami. Wyglądała zupełnie inaczej niż kiedy rozmawiała z nim. Białe zęby lśniły, twarz wydawała się przyjazna. Uśmiechnął się pod nosem i zaciągnął, nie spuszczając z niej wzroku.

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  25. Przez moment się zawahał, ale w końcu uznał, że upieranie się przy gorszej opcji transportu zwyczajnie nie ma sensu. Zaciągnął się po raz ostatni i wyrzucił niedopałek do studzienki. Wsiadł do taksówki i zatrzasnął za sobą drzwi. Czekała ich dwudziestominutowa przejażdżka. Uderzyło go, że jej sztuczny uśmiech zamienił się w wyraz zmęczenia i przygnębienia.
    -Dzięki. - powiedział, zdejmując torbę z ramienia i stawiając ją na podłodze taksówki. Mężczyzna za kierownicą zmierzył go chłodnym, oceniającym spojrzeniem. Wnętrze samochodu wypełniał sztuczny zapach świerku z zawieszki na wstecznym lusterku. - Zmęczona? - spytał, przerywając niezręczną ciszę i patrząc na nią kątem oka. Obejmowała się ramionami i garbiła, zupełnie inaczej niż jeszcze kilka minut temu.
    Ulice miasta za oknem auta wyglądały bardzo nieprzyjaźnie. Pustka na chodnikach sprawiała, że czuł się nieswojo, choć nie znosił tłumu, przez który zwykle musiał się przepychać na co dzień. Latarnie oświetlały uliczki pomarańczowym, słabym blaskiem, ciemne zaułki zdawały się zapraszać po kłopoty, czy pobicie. Tak, za każdym razem kiedy patrzył na Paryż utwierdzał się w przekonaniu, że nie ma w nim zbyt wielu rzeczy, które lubi. W takich momentach tęsknił za domem pod Sztokholmem, choć wiedział, że jego szczęśliwe wspomnienia wiążą się raczej z ludźmi, których za sobą zostawił niż samą stolicą, która była równie zatłoczona i ruchliwa, a nie dorównywała jego obecnemu miejscu zamieszkania architekturą. Być może chodziło więc o to, że czuł się w Paryżu obco, nie miał zbyt wielu prawdziwych przyjaciół. Na uczelni wszyscy ze sobą konkurowali, jego związki kończyły się szybciej niż się tego spodziewał, a rodzice zwyczajnie nie mieli czasu go odwiedzać. Najromantyczniejsze z miejsc na ziemi było jedynie skupiskiem samotników.

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  26. Matthias należał do tych osób, które dość łatwo zjednują sobie ludzi. Przed przyjazdem do Paryża naprawdę nie miał zbyt wielu problemów z nawiązywaniem kontaktów z innymi. Często uśmiechnięty, spokojny, łagodnie usposobiony – przyciągał innych swoim sposobem bycia, chęcią pomocy. Dopiero na uczelni wszystko uległo zmianie. Wyścig szczurów dało się tutaj poczuć o każdej porze dnia i nocy. Wszyscy na roku zdawali się przejawiać jawną ochotę, by podstawić nogę ludziom z roku, ewentualnie wrzucić im do kieszeni odłamki szkła tak, by nigdy więcej nie zagrali. Na początku trochę go to przytłoczyło. Po pewnym czasie wtopił się w tłum na tyle, na ile było to możliwe. Przestał się uśmiechać do przypadkowych ludzi na ulicy, przestał witać się z biegaczami w parku tak, jak miał to w zwyczaju w Sztokholmie. Rodzice stwierdzili, że po prostu dorósł. On dobrze jednak wiedział, że wcale nie jest to kierunek, w którym chciałby pokierować swoje życie osobiste. Był do tego po prostu zmuszony.
    Jego belgijski akcent sprawiał, że ludzie patrzyli na niego z góry, zwłaszcza jeśli byli rodowitymi paryżanami. Nauczył się więc udawać. Było mu o tyle łatwiej, że znał francuski od dziecka. Bardzo się jednak uprzedził do mieszkających w mieście ludzi. Dziewczyna nie była wyjątkiem. Podał kierowcy adres mieszkania, które dzielił w te wakacje z Niemcem, który też studiował w Akademii i spojrzał na dziewczynę. Wyglądała, jak kupka nieszczęścia.
    -Dzięki za komplement. - powiedział, bez słowa zdejmując swoją marynarkę i podając jej. - Nie sądzę, byś mogła załatwić cokolwiek w sukni wieczorowej o czwartej nad ranem. - powiedział, zapominając o tym, że prawdopodobnie powinien filtrować swoje słowa. Był na to jednak zbyt zmęczony. Nie należał do ludzi, którzy lubią utrzymywać pozory. Nie dorastał jednak w takim środowisku jak Charlotte. Nie znał jej. Jego pytanie wynikało ze zwykłej, ludzkiej ciekawości i faktu, że być może był trochę za szczery i za bezpośredni.

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  27. -Jasne, trzymaj. - odparł, podając jej iPhone'a, którego kupił mu ojciec, by móc zawsze mieć kontakt z synem. Wstukał jedynie czterocyfrowe hasło, odblokowując telefon. Patrzył na miasto, jakby oczekiwał, że krajobraz za szybą w którymś momencie ulegnie drastycznej poprawie. Oczywiście nic takiego się nie stało. Piękne kamienice nocą wyglądały bardzo pospolicie, a nawet ponuro. Młodzi ludzie wysypujący się z klubów nocnych wałęsali się po chodnikach, lub co gorsza po ulicy, włażąc czasami prosto pod koła taksówkarza, który w odpowiedzi siarczyście klął pod nosem. Cała ta sytuacja wydała mu się nieco groteskowa. Siedział w taksówce z córką własnej szefowej, pożyczając jej marynarkę i telefon. Poczuł się trochę, jak po balu maturalnym. Samo to wspomnienie trochę poprawiło mu humor, choć dobrze wiedział, że jego ówczesna dziewczyna była dużo życzliwszym towarzystwem. W takich momentach uświadamiał sobie, jak wiele w jego życiu się zmieniło. Część z tych zmian niestety nie należała do pozytywnych.
    Ładniejsze z budynków centrum powoli zaczęły się przerzedzać. Ulice nadal były względnie puste, co było możliwe tylko o tak wczesnej porze. Niedługo miasto miało obudzić się do życia, na ulice wylałyby się sznury samochodów, na chodnikach zaroiłoby się od przechodniów. Stolica dosłownie ożywała. Problem polegał na tym, że nigdy nie znajdowała się w stanie pośrednim. Była albo zbyt zatłoczona, a przez to zbyt śmierdząca i brudna, albo zbyt opustoszała, przez co sprawiała wrażenie nieco upiornej. Nie miał pojęcia gdzie ludzie widzieli ów magię i romantyzm, o którym tak rozpisywały się przewodniki turystyczne. Z drugiej jednak strony nie mieszkał w najładniejszej z dzielnic i być może jego opinia była po prostu bardzo skrzywiona przez tęsknotę za domem.
    -Swoją drogą, gratuluję. - powiedział. - Słyszałem, że Fundacja zebrała dzięki wam dużo pieniędzy na badania i leczenie. Fajnie wiedzieć, że ludzie potrafią wesprzeć tak szczytny cel. - uśmiechnął się odwracając na chwilę w jej stronę. -To co prawda nie mój typ imprezy, ale mimo wszystko byłem pod dużym wrażeniem całej organizacji. I nie, nie mówię tego, żeby przypodobać się tobie bądź szefowej. -dodał z uśmiechem. Zmęczenie działało na niego tak, że przestawał się przejmować pozorami. Nie wiedział na ile szczera jest dziewczyna, ale i nie tyle go to nie obchodziło, co nie przeszkadzałoby mu, gdyby cały czas udawała kogoś, kim nie jest. Nie byłaby zresztą pierwsza. - Mówię szczerze. Było naprawdę fajnie.

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  28. Słowa dziewczyny wprawiły go w lekkie zdumienie. Zabrzmiały trochę jak groźba lub ostrzeżenie, a przecież nie znaleźli się nagle na planie filmu akcji. Oboje nadal byli zwykłymi studentami, choć jej życie zapewne było trochę dalsze od definicji normalności, którą on tak bardzo sobie cenił, wychowany przez dwójkę najnormalniejszych ludzi pod słońcem. Ich życie toczyło się wokół codziennych problemów. Nie żyli w przepychu, ale nigdy nie mogli narzekać na brak pieniędzy na zagraniczne wyjazdy i drogie szkoły muzyczne dla Matthias'a. On sam miał do tego wszystkiego bardzo zdroworozsądkowe podejście. Wiedział, że jeśli nie uda mu się wybić w środowisku, i tak do końca życia będzie związany z muzyką, w taki, czy inny sposób. Mógł zostać nauczycielem i choć jego marzenia wiązały się z większymi scenami, nie miałby nic przeciwko pracy z instrumentem do emerytury. Nie znał jej na tyle dobrze, by wiedzieć o jej problemach. Jego życie było pod tym względem dużo bardziej poukładane, być może dlatego, że nigdy nie ciągnęło go do wysokiego ryzyka. Poza tym chyba miał szczęście do ludzi.
    Nie poszedł za nią i nie zastanawiał się dłużej nad tym, że wysiadła pod hotelem. Była to jej prywatna sprawa. Taksówkarz wysadził go pod jego kamienicą i odjechał, wziąwszy kolejne zlecenie. Ciemność nieba powoli zaczęła nabierać szarawego koloru, zwiastując nachodzący świt. Jej słowa jeszcze przez jakiś czas krążyły mu po głowie.
    Jakieś dwa tygodnie później został zaproszony na imprezę urodzinową koleżanki z roku. Przyjęcie mieściło się na dachu jednego z budynków niedaleko szkoły. Wszędzie rozwieszono lampiony, całe miejsce udekorowano, a panorama miasta sprawiała, że wszystko miało dziwnie filmowy wymiar. Po kilku drinkach było mu zresztą wszystko jedno. Ludzie na imprezie byli całkiem znośni, muzyka nie raniła mu uszu, a ciepłe letnie powietrze sprawiło, że na krótką chwilę zapomniał iż nie przepada za tym miejscem.
    Zauważył ją dopiero po kilku minutach od jej przybycia. Była z kilkoma nieznanymi mu osobami. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się do niej. Nie przerwał jednak jej rozmowy z gospodynią imprezy. Dopiero po przepłynięciu paru piosenek podszedł do niej z kieliszkiem szampana (który Francuzi pili zawsze i wszędzie) i oparł się o murek obok niej. Stała tam, obserwując światła miasta i odległą wieżę Eiffel'a.
    -Kto by pomyślał, że mamy wspólnych znajomych. - powiedział z uśmiechem, który dyktowały mu procenty we krwi, podając jej kieliszek. - Prawie cię nie poznałem bez biżuterii za dwadzieścia tysięcy. - zażartował, nie zdając sobie sprawy, że mówi za wiele z powodu alkoholu.

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  29. Miał już zapytać o czym dokładnie jeszcze chciałaby zapomnieć, ale zamiast tego stuknął brzegiem swojego kieliszka o jej i powtórzył:
    -Za zapomienie. - szampan był kwaśnawy, ale w tym momencie przestało mu to już przeszkadzać. Bąbelki załaskotały go w gardle i żołądku. Oparł się wygodniej o murek i przyjrzał dziewczynie. Jego ciekawość była spotęgowana przez alkohol. Stan jego upojenia miał to do siebie, że bywał jeszcze bardziej otwarty, jeszcze bardziej towarzyski i chętny do przytulania i bóg wie czego jeszcze z przypadkowo poznanymi ludźmi. Taki już po prostu był i o ile na co dzień nauczył się całkiem dobrze maskować, o bez swoich barier był naprawdę zabawną wersją siebie. - Podobasz mi się tak. - powiedział, dopijając kieliszek, po czym dodał: - Wyglądasz trochę mniej, jak twoja matka. - kąciki jego ust uniosły się jeszcze wyżej. Puścił jej oko i sięgnął po stojącą na stoliku butelkę. Dolał im złotawego alkoholu, niemal ją opróżniając. Widział, że ma mu się ochotę odgryźć, więc zaczął mówić: - Nie jestem stąd. Opowiedz mi co robią prawdziwi paryżanie na imprezach. - stanął blisko niej, odwracając jej uwagę od panoramy miasta. Miała rację, o tej porze światła w oknach kamienic, pulsujące neony w aortach ulic i odległa poświata latarń sprawiły, że wszystko wyglądało naprawdę magicznie. Przeszło mu przez myśl, że gdyby znał się na fotografii, zapewne od razu wyciągnąłby aparat i próbował uwiecznić ten widok. Zamiast tego spojrzał na nią uważnie. W jego oczach błąkały się wesołe ogniki rozbawienia. - Nie chciałbym w końcu popełnić jakieś niewybaczalnej gafy. - to powiedziawszy upił kolejny łyk szampana.

    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  30. Musi się przejść i zapomnieć o wszystkim. Zamyka drzwi od mieszkania, licząc na to że przytnie Ericowi palce. Tak się nie dzieje, co omam komentuje krótkim parsknięciem i rozczochraniem mu włosów. Nawet nie musi mówić, że jest naiwny; sam doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Chce wyrwać się od niego i skupić wzrok na kimkolwiek, czymkolwiek innym, byle niepodobnym do tego cholernego mężczyzny, który nie odstępuje go na krok.
    Przemierza wąskie uliczki w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca, wdycha zapach świeżo skoszonej trawy i kwiatów, które sprzedają za horrendalnie wysokie ceny. W końcu zatrzymuje się przed niewielką kawiarnią. Zajmuje miejsce w ogródku, zabiera jedną z dostępnych gazet, a kiedy podchodzi do niego kelnerka, zamawia kawę i szarlotkę. Jednocześnie też wyjmuje z kieszeni paczkę papierosów. Wyjmuje ze środka jednego, filtr wsuwa pomiędzy wargi i odpala końcówkę, zaciągając się dymem. Czasopismo jest kompletną stratą czasu, dlatego odkłada je na bok i zaczyna się przyglądać twarzom innych obecnych w tym miejscu. Jeden mężczyzna nie wie, że jego krawat jest źle zawiązany. Inny wydaje się być spóźniony, a mimo to nie wstaje, tylko dopija swoją herbatę, parząc sobie język. Jakaś kobieta ciągle poprawia swój kapelusz, a ta siedząca obok niej narzeka na swojego męża i dziecko, mimo że Ci są zaraz obok. Ten chrząka, pozostawia kilka banknotów na stoliku i odchodzi, córkę trzymając za rękę. Nie martw się, ja nie zostawię Ciebie nigdy, choćbyś nie wiem co o mnie mówił, odzywa się Eric przymilnym głosem, głaszcząc go po policzku. Ta obietnica wcale się Cesarowi nie podoba, bo o stokroć wolałby dostać kilka euro i pozbyć się tego paskudnego omamu raz na zawsze. Jesteś brutalny, wiesz? Ranisz moje uczucia. Teatralna obraza i odejście kilku kroków, tylko po to, by w ciągu jednej sekundy pojawić się za jego plecami i zakryć oczy. Zgadnij kto postanowił Ci wybaczyć… Dźwięczny głos jakoś nie sprawia przyjemności. Cesar odrywa cudze, nieistniejące dłonie od swojej twarzy i wtedy zauważa znajomą twarz. Oczy wpatrzone są wprost na niego i jest pewien, że widziała każdy dziwny ruch, który wykonał. Spina się i sięga po kubek z kawą, by jakoś ukryć swoje zażenowanie. Pali dalej papierosa i choć to niegrzeczne, nawet nie skina głową w jej stronę.
    [Załóżmy, że można nazwać to początkiem.]/Cesar

    OdpowiedzUsuń
  31. Kątem oka zauważa, że dziewczyna wstaje i czuje niemal ulgę na myśl, że ta wychodzi i nie będzie dłużej świadkiem jego zachowań. Nadzieja więdnie niemal od razu, gdy Ta stawia pierwsze kroki w jego kierunku. Eric jest zachwycony. To doskonała okazja, by uprzykrzyć mu życie i pokazać, że jest od niego uzależniony i w żaden sposób nie może się od niego uwolnić. Ciało zbliża się w nienaturalnie szybkim tempie i już po chwili studentka stoi tuż przy nim. Jest zmuszony od odłożenia kubka z kawą, co naturalnie komplikuje mu obrany wcześniej plan.
    - Oczywiście - mówi, idealnie naśladując naturalną barwę swojego głosu. Uśmiecha się przy tym łagodnie, po czym zaciąga się papierosem i na krótką chwilę odrywa od niej wzrok. Musi mieć zajęte dłonie, dlatego sięga po niewielki widelec i bawi się bitą śmietaną leżącą tuż obok kawałka ciasta. Całkowicie stracił ochotę na jedzenie, więc to służy mu jedynie do dystrakcji.
    Dłużej nie może na nią nie patrzeć, bo to wzbudziłoby więcej podejrzeń niż kontakt wzrokowy, dlatego powoli przesuwa wzrok na jej młodą twarz i, co by potwierdzić wypowiedziane wcześniej słowo, wskazuje krzesło na przeciwko siebie, bojąc się, że ta mogłaby wybrać to stojące bliżej.
    Jesteś największym panikarzem w historii, narzeka Eric, mierzwiąc mu włosy. Gest jest nader pieszczotliwy i wprawia Cesara w zakłopotanie. Woli, kiedy ten się z nim drażni, wtedy ma przynajmniej więcej powodów do nienawiści. Kiedy jest miły, może zarzucić mu jedynie to, że istnieje, co przecież jest winą tylko i wyłącznie jego. Eric nie był w stanie zaistnieć sam bez jego choroby. Jest więc stwórcą największego swojego przekleństwa.
    Widzi, że dziewczyna spogląda w stronę czytanego przed chwilą czasopisma, dlatego odzywa się, mimo że wcale nie czuje takiej potrzeby.
    - Nie polecam. Stek bzdur.
    [Wstyd]/Cesar

    OdpowiedzUsuń