16 sierpnia 2014

sad but fab

JOSEPH COUPE
lat dwadzieścia i pół
wydział pisarski
pisze wiersze o miłości i bólu zębów

Najlepiej określają go słowa płynie z prądem. Nie potrafi się zatrzymać nigdzie na dłużej, brnie do przodu, znajdując w tym swoją stabilizację i dziwny spokój. Nie potrafi albo nie chce. Nauczył się, że kiedy człowiek się zatrzymuje, to wszyscy zaczynają go wyprzedzać i rozpychać się łokciami, a potem budzi się w dziwnym miejscu w czasie, nie rozumiejąc co się wokół niego dzieje. Kiedyś wyznał komuś miłość i jadł landrynki na Wieży Eiffla, ale kiedy próbuje dokładnie odtworzyć to w głowie, czuje tylko smak truskawek. Cierpi na bezsenność i wlewa w siebie przerażające, głównie jego matkę, ilości kawy i energetyków, pisze białe wiersze bez większego sensu, za to z głębią Rowu Mariańskiego, a jego śmiech przypomina odgłosy wydawane przez jakąś opóźnioną hienę. Jego zegar chodzi do tyłu, robi tik tak do rytmu sznurówek obijających się o chodnik, bo Joseph jest zbyt leniwy, by je wiązać, po prostu wciska do środka buta, a one wyskakują w nieodpowiednich momentach. Artysta nie musi martwić się o takie rzeczy.
Gorzej, kiedy o czwartej rano lodówka informuje cię, że nawet ser wyszedł bez pożegnania, choćby cichego au revoir.
skarpetki rządzą

6 komentarzy:

  1. [Skarpetki rządzą, ale tylko z sandałami.
    Witam na blogu :>]

    Ole Villadsen

    OdpowiedzUsuń
  2. [Heej. Witam, dobry wieczór i życzę udanej zabawy na blogu :D.
    Zapraszam również do wątku, tylko o tej godzinie myśli mi się niezbyt dobrze. Może Ty coś masz? xD]
    Rozalie Roux

    OdpowiedzUsuń
  3. Październiki zwykle bywają mdłe, tak już po prostu jest. Ale potem jest listopad i zaczyna padać, i wszędzie są kolorowe liście, i sądzę, że chyba Mo ma wtedy urodziny, więc już w ogóle fajnie. Warto pocierpieć przez ten jeden miesiąc dla takich wspaniałości, nawet, jeżeli nie da się robić trwałych obrazków na szybach i nic się nikomu nie chce, bo tak zwykle bywa, jak jest mdło. A potworów spod łóżka ona też się bała, więc sądzę, że mogli sobie tak razem leżeć w środku nocy, patrzeć na siebie nawzajem albo w sufit, biały sufit, i nawzajem się nakręcać, bo to tak już działa, ale żaden potwór nie przychodził. Bo się bał kaktusa. Kaktus-rycerz.
    Maureen miała śmieszny nawyk czytania sobie cichutko wszystkich regułek, których miała się nauczyć, chociaż dobrze wiedziała, że takie monotonne mruczenie pod nosem tylko jej przeszkadza. Ale siedziała sobie tam, na tym ich łóżku, po turecku, z ołówkiem w ustach i z mnóstwem notatek, podręczników i wydrukowanych obrazów dookoła. Joseph zniknął jej jakoś z pola widzenia pół godziny temu i teraz mogła, czysto teoretycznie, w pełni skupić się na nauce, no ale halo, komu by się chciało. Kiwała się w przód i w tył, recytowała formułki, gryzła różową gumkę do gumowania i zastanawiała się, co aktualnie robi jej chłopak, bo przecież gdyby się rozejrzała, to już w ogóle nici z przygotowania na zajęcia.
    Sądzę, że właśnie dlatego tutaj do niego przyjechała. Bo chciało mu się liczyć jej piegi i pisać wiersze o włosach; w Anglii drugiego takiego by nie znalazła, wieczne nieszczęście. I kochała jego za długie ręce, za długie nogi i za długi nos, i włosy też. Cały był wspaniały, taki jedyny, taki jej. I miał pocieszną babcię, więc przeprowadzka do Paryża to była tylko kwestia czasu, nawet jej rodzice podświadomie zdążyli się na to przygotować. Swoją drogą, jak już mówię o rodzicach, to ja sądzę, że jak on ją odwiedzał, to też mówili wiele okropnych rzeczy, i mama pewnie pokazała mu jej zdjęcie, jak stoi goła w wannie i trzyma żółty statek podwodny (nadgryziony), albo jak gryzie kabel od starego telefonu stacjonarnego, albo jak uśmiecha się szeroko na zdjęciu z przedszkola, chociaż nie ma przednich zębów. I mogli mu powiedzieć na przykład o tym, że kiedyś pocałowała żabę, i że jak pojechała na pierwszą szkolną wycieczkę, to zadzwoniła już w autobusie, że chce wracać, bo nie wzięła ze sobą swojego misia.
    – O, kurczę – mruknęła do siebie, wypluwając niekoniecznie smaczną gumkę do gumowania, a potem wytarła ołówek o spódnicę i rzuciła gdzieś w drugi kąt łóżka, na chwilę odrywając się od podręcznika. Później szybciutko naciągnęła rękawy swetra i wróciła do fascynującego malarstwa XVI wieku (na temat którego miała chyba zrobić jakąś prezentację albo napisać inny referat, musi się dogadać wreszcie z nauczycielem), ale skończyło się na tym, że znowu tylko coś mamrotała i oglądała ilustracje.
    Pani Babcia traktowała ją jak członka rodziny, więc pewnie tak, pewnie dostosowała to wszystko do niej, żeby biedaczka nie musiała wchodzić na krzesło obrotowe i złamać sobie kręgosłup w sześciu miejscach, kiedy będzie chciała coś zdjąć z półki. Albo może to po prostu on był taki strasznie wysoki, a to był taki ogólnie przyjęty standard, nie wiem. Ona też nie wiedziała.
    – Nudzisz się? – Cmoknęła go w policzek i oparła się o niego, bo tego właśnie jej brakowało. – Bo ja tak. Strasznie. I straciłam wątek, jakieś dwadzieścia minut temu.
    I dobrze, że to zrobił, bo ona bardzo chętnie gdzieś z nim pójdzie (w zasadzie, to trochę czekała na to, aż podejdzie i zacznie mentalnie marudzić, ile można wertować notatki), ładnie, za rączkę, będzie się chwalić swoim chłopakiem, a on jej ładnymi włosami, i będzie fajnie. Albo w każdym razie fajniej niż teraz, na pewno.
    Aha, no i nie powinien pić tyle kawy, bo się Mo gniewa i jest jej smutno, bo chociaż rozmawiają później o potworach spod łóżka, to nie jest zdrowe. Nie. A fuj.

    Mo

    OdpowiedzUsuń
  4. [Skarpetki w pączki rządzą.
    Podoba mi się okropnie ten Pan. Zapraszam to wątku z Rox bardzo serdecznie. Postaramy się coś wymyślić. Joseph pewnie potrzebuje jakiegoś dostarczyciela sera do swojej lodówki :D]

    OdpowiedzUsuń
  5. [Przyciągnęło mnie zdjęcie, a karta sprawiła, że zostaję na dłużej. Z przyjemnością zacznę, potrzebuję tylko odrobiny inspiracji.
    Pozdrawiam!]

    Matthias de Wachter

    OdpowiedzUsuń