— Matthias
de Wachter —
22 lata — Antwerpia → Sztokholm → Paryż — Those were the kind of eyes you could get lost in. And I guess I did. — Drugi rok — rzuć wszystko i chodź się całować — Muzyczny — klasa fortepianu — The Queen is dead. Long live the King.
Pół-Belg, pół-Szwed, usilnie próbujący pozbyć się rodzimego akcentu. Zbyt miły, by udawać Francuza. Marzy mu się samodzielne mieszkanie, ale paryskie ceny skutecznie go odstraszają. Jeśli tuż po studiach nie znajdzie angażu, planuje przez kilka lat znowu pomieszkać w Szwecji, choćby po to, by sprawdzić, czy miejsca z dzieciństwa naprawdę są dużo lepsze od jego obecnej rzeczywistości. Często waha się pomiędzy stanem zupełnej obojętności i jego przeciwieństwem, o którym woli nie rozmawiać. Nadal szuka swojego miejsca, uziemiony w najbardziej rozczarowującym mieście Europy. Boi się starości, nie pija herbaty, lubi cudze usta, rzucił palenie (z grubsza) i kupuje za dużo wyświechtanych książek i gratów w pobliskim antykwariacie. Nie ma już na nie miejsca na szafce, więc ustawia je gdzie popadnie, doprowadzając współlokatorów do szału. Jedyne czego pragnie to nie skończyć w restauracji na przygrywaniu komuś do kotleta.

[Ja go uwielbiam, Lottie najwyżej zmuszę, żeby go lubiła. Dobry wieczór ]
OdpowiedzUsuńCharlotte
[Hej, hej. Tak sobie myślę, czy odpowiadałby Ci układ, gdyby oni byli współlokatorami? W sensie, że dopiero się nimi staną, bo moja Rosie aktualnie poszukuje mieszkania :)]
OdpowiedzUsuńRozalie Roux
[No cześć. Prześwietne zdjęcie! Piszesz się na wątek?]
OdpowiedzUsuńRoxanne
[Jeśli chce ją poskramiac, to musi zaakceptowac fakt, że często gryzie.
OdpowiedzUsuńP.S. Lubię pochlebstwa. Pusty ze mnie człowiek ]
Jej matka zawsze mówiła, że najlepiej byc kobietą głupią i piękną. Życie takiej osoby jest znacznie łatwiejsze, bowiem nieznany jest jej ból istnienia, wyrzuty sumienia, bądź coś takiego jak ambicja. Niestety, Lottie nie odziedziczyła głupoty po babce, która na siłę wpoiła tak bzdurne rozumowanie w jej matkę. Prócz imienia, które Delacroix wydawało się tanie i dobre jedynie dla pięcioletniej dziewczynki, z głupotą miała mniej wspólnego niż chciałaby ona, jej matka i prawdopodobnie ojciec, z którym użerała się przez telefon. Oczywiście, szczytem egoizmu i irracjonalnej pewności siebie byłoby, gdyby Lottie uważała się za mądrą; wiedziała jednak, że nie jest najgłupsza na świecie i to jej wystarczyło.
Zgodziła się zjeśc kolację z matką. Założyła sukienkę z Max Mary za którą jej ukochany ojciec zapłacił więcej, niż cygan za matkę*, a która wydawała jej się przesadnie wydekoltowana i obcisła. Szpilki dodawały jej centymetrów, ale zabierały równowagę, która przydałaby się na koniec wieczoru, gdy miała byc już po opróżnieniu jakiegoś wina, na które w przyszłości prawdopodobnie nie będzie jej stac. Miała nadzieję, że uda jej się znaleźc pracę w gazecie, która zajmuje się czymś ważniejszym od mody i urody.
Nigdy nie musiała martwic się o pieniądze, ale mimo to, rodzice nauczyli ją szacunku do tego, co dostawała. W każde wakacje, od podstawówki musiała pomagac w interesie jednego, bądź drugiego rodzica. U matki było głośno i kolorowo, u ojca natomiast zawsze pachniało płynem do okien, bo sprzątaczka z którą pracowała Lottie, rozpylała zapach dopiero tuż przed wyjściem, gdy mała czekała już na korytarzu.
Dzisiaj miała porozmawiac o pracy z matką. Od jakiś dwóch lat różnica wieku zatarła się między nimi i prócz dostarczania pieniędzy, sprawdzania testów na obecnośc narkotyków i życzeń...Nie było śladu po rodzicielstwie. Ustaliły, że Lottie zrobi nowe zdjęcia na stronę internetową restauracji. Tuż przed tym, jak młoda Delacroix wyszła zaplic zauważyła, że matka nerwowo stuka palcem w kieliszek. Była zdenerwowana i wyraźnie chciała skończyc spotkanie z pierworodną, która ostatnimi czasy zajmowała więcej czasu w jej grafiku niż powinna.
Powinnam powrócic i wymazac fragment, gdzie wspomniane było o geniuszu rodziców Lottie, jakoby to oni nauczyli ją szacunku do pieniądza. Niania ją jego nauczyła, bo na Ukrainie nigdy się nie przelewało, a to właśnie stamtąd była Viera.
-Jasne- powiedziała, odkładając telefon do torebki. Nie chciała zatrzymywac matki, nie chciała jeszcze bardziej przyprawiac jej o mdłości swoim jestestwem, dlatego powiedziała, że musi zadzwonic. Jak zwykle skłamała. Czego się nie robi z miłości do rodziców?
Podała mu różową, plastikową zapalniczkę i zaciągnęła się papierosem, którego trzymała między wargami. Kłamczucha. Sama sobie wmawiała, że rzuciła.
-Strasznie nudne miejsce, prawda? Słyszałam, że kobieta, która jest jego szefową to całkiem niezła jędza. To prawda?- zapytała, patrząc na niego kątem oka. Mimowolnie uniosła kącik ust ku górze. Nie mógł jej widziec. Siedziała z matką na piętrze, przy stoliku w rogu sali. Pewnie nie wiedział także, że kawałki Michela Petruccianiego i Oscara Petersona znała wszystkie; przynajmniej z tych, które grał.
[Aww, w końcu ktoś, kto darzy miłością mopsy równie mocno co ja <3 Dogadamy się w takim razie, i to bardzo. Może być i nawet ten wątek z zaginionym Edgarem, a co! ]
OdpowiedzUsuńSophie
[No interesuje, interesuje. I chętnie przygarnie nauczyciela. Tylko w moim zamyśle ten nauczyciel, był od czasu do czasu jej kochankiem. Co Ty na to? Jeśli Ci to nie pasuje, to można to nieco zmienić :D]
OdpowiedzUsuńRozalie
[Ojejku, dziękuję strasznie (za cudowną panią)! Zrewanżuję się i powiem, że M. też jest całkiem fajny. :) W podstawówce to może nie, bo kiedy była w Sztokholmie, mama dbała o jej wykształcenie (Mo znała pewnie tylko jakieś podstawowe zwroty, a jeżeli potem jakoś oswoiła się względnie ze szwedzkim, to wtedy pewnie zbierali manatki i wyjeżdżali do Anglii, życie już takie jest), ale mogli mieszkać rzut beretem od siebie i spotykać się na tym samym placu zabaw albo coś w tym guście, urządzać sobie bitwy na śnieżki w zimę, łapać owady, ogólnie to całkiem nieźle się kolegować przez ten czas, mimo bariery językowej. :D I tak, sądzę, że spotkanie po latach w antykwariacie byłoby jak najbardziej na miejscu, idealnie wręcz!]
OdpowiedzUsuńMaureen
[Zabawne...w trakcie pisania KP co jakiś czas zerkałam na Matthias'a i zachwycałam sie zdjęciem, a teraz ty mówisz mi, że uwielbiasz za wizerunek Mike xD
OdpowiedzUsuńPodoba mi się pomysł by zamieszkali razem, może to bardzo ciekawie wyjść...chociaż mieszkanie z Mike może być ciężkie bo to taki typ co gnojem jest, ale często sprowadza sobie kogoś na noc i nie raz awanturnik z niego jak ma słaby dzień. Jednak jeśli dalej chcesz to zapraszam Matthias'a do mieszkania Mickaël'a :D]
[Cudowna karta i interesująca postać. Zaraz po przeczytaniu wpadłam na pomysł jak można zacząć wątek. (O ile oczywiście chcesz :). Layla mogłaby zgubić swój pamiętnik - a pamiętnik rzecz świetna - przypadkiem znalazłby się w rękach Matthias'a, a on byłby tak dobry, że postanowi jej go oddać. Pomysł niezbyt... Ciekawy (?), ale jakiś jest. O ile masz ochotę to zapraszam do siebie. ;)]
OdpowiedzUsuńLayla
[Pół-Belg, pół-Szwed, moje serce płacze z radości!]
OdpowiedzUsuńZarina
Uśmiechnęła się lekko, gdy usłyszała pierwszą częśc jego wypowiedzi. Uznała, że albo raz już go zwolniono za spoufalanie się z goścmi, albo nie był tak głupi jak przystojny. Bo w istocie, gdyby ktokolwiek przyjrzał się pracownikom jej matki zauważyłby pewną zależnośc, o której pani Delacroix nie chciała nawet słyszec. Prócz kucharzy i osób pracujących na zmywaku, wszyscy prezentowali się nad wyraz dobrze; zwłaszcza panowie. W rozpadzie związku państwa Delacroix, mimo wszystko, na próżno było szukac winnych. Ani ojciec, ani matka Lottie, nie mieli czasu na romanse, zaś ich małżeństwo rozleciało się już wtedy, gdy ojciec zainwestował pieniądze w trzeci hotel i zamiast zjeść z matką kolację , uczcił to piwem ze swoim bratem.
OdpowiedzUsuńGdy wspomniał o swojej niechęci do jazzu, spojrzała na niego z niechęcią i odwróciła wzrok, wlepiając go w różany krzew, zasadzony przed restauracją.
-Jak można nie znosic jazzu?- żachnęła głośno, kosmyk włosów odgarniając za ucho. Gdyby nie czerwona szminka, która rozjaśniała ciemną sukienkę, Lottie mogłaby iśc na pogrzeb. Ciemny makijaż oczu, włosy dalekie w kolorze od blond i nieszczególnie dużo wesołości.
Kiedyś... Kiedyś zaproponowałaby mu, żeby urwał się z pracy, spił się z nią winem i dał przekonac, że jazz to piękna muzyka i to zaszczyt ją grac. Teraz? Teraz jedynie prychała, niczym niezadowolona kotka, do której również było jej daleko.
-Uciekam przed hipokrytami- powiedziała dobitnie i schowała zapalniczkę do torebki. Nerwowo założyła kosmyk włosów za ucho i już miała zamiar splunąc mu na buty, gdy oprzytomniała, że matka w życiu by jej nie wybaczyła. Że nie była teraz w starych espadrylach i znacznie za dużej koszulce, tylko w tej niewygodnej sukience, która dodawała jej kobiecych kształtów, które starała się usilnie zasłonic. Damie nie przystało pluc, prawda? Mogła jedynie strzelac fochy.
-Poza tym, per „ty” możesz się do mnie zwracac na ulicy, może uczelni i w jakimś muzeum, gdy zbłądzisz. Tutaj, jesteś pracownikiem mojej matki, ja zaś jestem klientką tej restauracji. Gdyby stała tu księżniczka Szwecji, również byś do niej mówił, jak do koleżanki?- spytała. Wcale tak nie myślała. Lubiła, gdy pracownicy matki traktowali ją jak jedną z nich. Większośc kucharzy znała ją od dziecka i wiedziała, że wystarczy budyń śmietankowy, żeby zaspokoic podniebienie Lottie. Wiedzieli też, że do wieku nastoletniego nienawidziła jazzu, teraz zaś... Teraz wmawiała sobie, ze go uwielbia, byle tylko mieć o czym rozmawiac z matką, o której atencję walczyła całe życie.
Obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę parkingu.
Muzyka była dla niego tym, czym dla niej była fotografia. Zapewne, gdyby poznali się rok temu, razem z nim naśmiewałaby się, z sikających po kątach, Francuzów.Jej rodacy może byli niesympatyczni, może uchodzili za strachliwych (jeśli patrzy się na historię), może nie byli tak niesamowici, za jakich się uważali. Nie to im miała jednak za złe. Za złe miała to, że byli nadęci (jak ona w tej chwili, hipokrytka!) , nie uczyli się języków i sikali pod murkiem, często w miejscach bardzo publicznych, pełnych turystów i kobiet.
OdpowiedzUsuńSłysząc wzmiankę o księżniczkach poczuła ukłucie w żołądku. Skubany, albo czytał portale plotkarskie, albo był mądrzejszy niż myślała. Z drugiej strony... Człowiek mądry, nie powiedziałby córce przełożonej, że jest byle kim. Nie śmiałby nawet zasugerowac znając pamiętliwośc i mściwośc Francuzów. "Porysowałeś mi samochód? Puknę Cie w zderzak!".
Jej matka nie zawsze taka była. Córka ukraińskich imigrantów nie zawsze miała na sobie kostium od Chanel, czy pończochy Victoria's Secret. Dopiero, gdy jej małżeństwo zaczęło się rozpadac, żółc zaczęła zatruwac jej mowę, sposób myślenia. Ojciec Charlotte też nie od urodzenia był bogaty, zaś swą ukraińską małżonkę poznał na imprezie, gdzie pracował jako barman. Nowobogaccy. Tak można było ich nazywac.
Do wieczora mógł nie miec pracy. Wystarczyło, że powiedziałaby matce o tym, że nie zwracał się do niej jak należy. A mimo to, mógł przychodzic do pracy każdego dnia, nawet nie musząc patrzec jak jej matka patrzy na niego z ukosa. Lottie szepnęła jej kilka słów o tym młodym muzyku, jakoby "był godny uwagi". Mało kto jej się przeciwstawiał, większośc schodziła z drogi, byleby miec spokój.
-De Wachter! Zapraszam do mojego gabinetu- powiedziała kobieta ostro widząc, jak młody mężczyzna wchodzi do pracy. Jak zwykle elegancka, jak zawsze w szpilkach i z nienagannym makijażem. Jak zawsze zimna jak lód.
-Szkoda czasu, żebyś siadał- powiedziała, zajmując miejsce przy dębowym blacie biurka- Masz tutaj wydrukowaną listę utworów, które mam nadzieję, jesteś w stanie przygotowac na przyszły tydzień. Odbędzie się uroczysty bankiet, na którym średnia wieku będzie znaczne powyżej mojego peselu. Pozwalam, żebyś odpuścił sobie któryś z Nokturnów Chopina; moja córka na nie nalegała- wyjaśniła. Coś było nie tak. Kobieta była zmęczona, chyba jeszcze przed poranną kawą- Będziesz się zmieniał co godzinę z kwartetem i niestety, będziesz musiał zostac do jakieś czwartej nad ranem. Płacę wtedy podwójnie za godzinę. Umowa stoi?- zapytała, patrząc na niego uważnie. Oczy... Miała takie same jak Lottie, tylko, że jej córka była młodsza. Zielone, z ciemnymi otoczkami, trochę kocie, ale mniej drapieżne. Gdy Zoja była młodą kobietą mówiono jej, że ma piękne oczy. Teraz? Że ma piękną restaurację.
Co Lottie robiła w tym czasie? Paliła papierosa z kucharzem, czekając aż wystygnie jej budyń waniliowy.
[Chyba trafił swój na swego. Ogromny plus za poprawną odmianę przy opusie i wybór utworów. Dorzucę Debussy'ego i Liszta- jeśli nie masz nic przeciwko.]
OdpowiedzUsuńMiał nigdy nie dowiedziec się, że to Lottie ułożyła listę. Matka dziewczyny otwarcie przyznała, że nie przepada za muzyką klasyczną (w przeciwieństwie do byłego małżonka, który miłośc do klasyki zaszczepił w Lottie,gdy była małym dzieckiem) i pozwoliła córce na skomponowanie listy. Charlotte poczuła wtedy, że ma możliwośc przypodobania się rodzicielce, zabłyśnięcia. Potrzebowała odrobiny uwagi, czyjejkolwiek. Ostatnimi czasy czuła się wyjątkowo samotna i szara, wtapiająca się w to męczące miasto.
Ubrana w elegancką suknię sięgającą do ziemi, z włosami upiętymi w koka i delikatnym makijażu, nie wyglądała na tak chłodną, jak wtedy- kiedy się poznali. Makijaż miała bardziej staranny, usta jasne, bo sukienka nie była już taka ciemna; podobnież koloru eozyny. Prosta w kroju, bez dekoltu i na cieniutkich ramiączkach. Lottie wyglądała... Łagodnie. Nie mógł jej zauważyc, ani usłyszec. Na nogach nie miała jeszcze wysokich szpilek, natomiast fortepian zagłuszył ciche skrzypnięcie podłogi za nim.Chyba, że udawał swoją nieświadomośc z jej obecności.
-Dobry gust to rzecz względna- wyszeptała mu tuż przy uchu. Mógł wyczuc zapach perfum. Delikatnych, bez popularnej woni piżma, dzięki czemu były znacznie lżejsze w odczuciu i mniej mdlące- Liszt jest moim ulubieńcem, zwłaszcza Liebestraum i ten majorowy motyw, który przechodzi później w kulminacje, przed tym burzliwym przejściem do pierwszego tematu.
Wyprostowała się, uśmiechając się ledwie widocznie. Uchyliła klapę fortepianu i nie czekając na jego reakcję "wyłączyła" środkowy pedał.
-Wyjdziesz ze mną zapalic?- zapytała, zakładając kosmyk włosów za ucho.
To nie ona wybierała towarzystwo, w którym się obracała. Rodzice jasno postawili przed nią sprawę, gdy z podkulonym ogonem poprosiła o pomoc. Miała robic to, co jej kazali i uważali za słuszne, a zajmą się nią podczas odwyku i po nim. Nigdy nie miała przyjaciół, nie miała się do kogo zwrócic o ratunek a czuła, jak narkotykowe uzależnienie ściąga ją na dno. Wystarczyło kilka tygodni, żeby wyglądała jak cień samej siebie. Kilka miesięcy i jej organizm prawdopodobnie nie wytrzymałby ilości prochów, które przyjmowała. Ale Ciii, o tym mało kto wiedział; tak samo o pojedynczym dredzie, kolczyku w nosie, czy granatowych włosach. Nikt miał nie pamiętac.
OdpowiedzUsuń-Nie wiesz nawet, jak mam na imię- powiedziała spokojnie, patrząc na niego uważnie- Ja niestety nie umiem rzucic, brak mi silnej woli- przyznała cicho i wyminęła go, fortepian i jego muzykę. Tuż przed wyjściem spojrzała na niego ukradkiem.
Dzisiejszy wieczór miał byc nudny; przepełniony bogactwem, ale i starością. Poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku, kiedy odpalała papierosa. Więc tak to miało wyglądac? Miała znowu byc posłuszną marionetką, która jest na każde zawołanie? Już raz udało jej się uwolnic, jednakże wolnośc smakowała o wiele bardziej gorzko, niż Lottie myślała. Gdy zdobyła czyjąs atencje, zachowała się jak dziecko. Zaufała, z miłością wyciągnęła ręce, nie chciała pozwolic odejśc. Co jej z tego zostało? Kilka zdjęc, torba po bułkach i niedopita kawa. Do tego była na tyle upośledzona emocjonalnie, że nie wierzyła, iż może jej się jeszcze coś dobrego przytrafic w życiu.
Nie uświadomiła sobie tego paląc na tyłach restauracji i wlepiając wzrok w kontener na śmieci. Uświadomiła to sobie w samolocie z Hiszpanii, w łazience w Nicei i mieszkaniu w Paryżu. A ten młody mężczyzna? Mówił jej o tym, że nie może robic co chce, bo musi zarobic na życie. Dla niej, był on wolny.
Charlotte
[Tylko proszę o jedno- zapomnijmy o harmonii. Przedmiot ten odwiedza mnie w najgorszych koszmarach ]
UsuńPo tym, jak wypaliła papierosa omówiła z matką, do kogo będą podchodzic razem, z kim zaś będą rozmawiac osobno. Obie brylowały wśród towarzystwa, zabawiając gości anegdotami i częstując ich słodkimi uśmiecham. Lottie szczególnie upodobała sobie rubasznego Niemca, który ciągle opowiadał o tym, jakie to przygody miał jego kot. Mimo niechęci, którą jako Francuzka mimowolnie odczuwała, nie miała ochoty rezygnowac z towarzystwa starszego człowieka. Okazało się bowiem, że tak jak jej ojciec miał żydowskie pochodzenie i mógł wiele jej opowiedziec o kulturze, którą szczerze podziwiała.
OdpowiedzUsuńZwracała uwagę na jego grę, za każdym razem gdy przechodził do kolejnego utworu marszczyła delikatnie brwi, usta mocniej zaciskała i koncentrowała się na odgadnięciu, który to z utworów. Listę układała dokładnie, wybierając utwory na tyle znane, by starsi goście nie czuli się wyobcowani, ale również i na tyle niezbadane, by mogli poczuc się wyjątkowi. Wiedza, która nie jest ogólnodostępna, pojęta, była szczególnie słodka, prawda?
-Nawet nie wiesz, ile bym dała, żeby się dzisiaj z tobą zamienic- powiedziała cicho, uśmiechając się lekko, poprawiając kaszmirowy szal, którym się okryła. Tuż obok pomieszczenia była chłodnia, od której nieprzyjemnie czuc było zimno. Kark i przedramiona dziewczyny pokryły się gęsią skórką; najwyraźniej szal nie był dostatecznie ciepły.
-Masz ochotę na kawę?- zapytała, wskazując dłonią na ekspres. Nie czekając na odpowiedź wyciągnęła dwa kubki, ale ciepłego płynu nalała jedynie do tego, który stał bliżej jej osoby. Dzbanek i kubek ustawiła przed nim, po chwil dołączył również dzbanuszek z mlekiem i cukier w kostkach. Usiadła przy maleńkim stoliku, obok którego stały jeszcze dwa wolne krzesełka. Zapaliła papierosa, wyciągnęła w jego kierunku paczkę i uśmiechnęła się; drugi raz w ciągu niespełna kilku minut.
-Może jednak?
Kieliszek opróżniła, gdy tylko zauważyła jego obecnośc. Telefon odłożyła na blat, zupełnie zapominając o szeregu powiadomień na facebooku, bo w końcu i tak nie miała zbyt wielu znajomych. Makijaż nadal miała w idealnym stanie, jedynie zdjęła z szyi wisiorek z przywieszką, która nieprzyjemnie ocierała się o szyję.
Zaciągnęła się srebrzystym dymem, który swą barwą przypominał barwę nieba, towarzyszącą początkowi bankietu. Lottie zgadywała, że jeśli w tej chwili nie padało, to padało chwilę wcześniej, lub zacznie padac, kiedy zadzwoni po taksówkę. Poruszanie się samochodem po Paryżu było samobójstwem, nie widział jej się zaś powrót metrem o czwartej nad ranem, w eleganckiej sukni i biżuterii wartej tyle, co taksówka którą miała zamiar jechac.
-To teraz masz jakieś dwie godziny spokoju, prawda?
Ona natomiast ciągle czuła się tak, jakby ktoś patrzył jej na ręce. Matka miała podsłuch w ścianach i jedynie to jedno, maleńkie pomieszczenie nie miało uszu kelnerów. Miało jednak jego i to całkiem dobre uszy- jak się przekonała Lottie.
OdpowiedzUsuńWzięła łyk kawy, uważnie go słuchając.
-Smyczek nie może się zerwac. Może pęknąc któryś z włosów, ale z tym można grac. To nieco irytujące, ale niegroźne. Lepiej nie krakac, bo zerwanie struny podczas gry też nie należy do częstych, prawda?- spytała i mimowolnie pogładziła kciuk. Jeszcze pięc lat temu widniała na nim widoczna gołym okiem gula. Dwanaście lat gry na wiolonczeli robiło swoje, ale nie miała zamiaru się do tego przyznawac. Ostatni raz instrument miała w dłoniach dwa lata temu i nie mogła powiedziec, że żałowała z rezygnacji gry na nim. Nigdy nie trafiła na nauczyciela, który pokazałby jej, jaką miłością, jak głęboką można było żywic instrument, przez co cwiczenie na takowym nie sprawiało jej przyjemności. Dodatkowo, nieraz odczuwała dyskomfort jako kobieta i dziewczyna o słabym zdrowiu. Bóle mięśni, pleców... Do tego kontuzja, która doprowadziła do tego, że nie była w stanie zginac serdecznego palca lewej ręki. Przynajmniej nie na tyle dokładnie, co kiedyś.
-Charlotte- uścisnęła jego dłoń mocno, można byłoby powiedziec, że wręcz "po męsku"- Wszyscy tutaj wołają do mnie Lottie, więc... Zdecyduj sam.
Mówiąc o zdrobnieniu imienia miała ochotę dodac, że nazywają ją jak pięcioletnią dziewczynkę, albo prostytutkę, jednakże ugryzła się w język. Matka wyraźnie wyartykułowała jej dłonią, że ma się tak nie wyrażac, kiedy miała siedemnaście lat. Mimo wszystko, Delacroix starała się byc usłuchana.
-Jesteś zdolny, nie boisz się ciężkiej pracy, czemu Paryż? Gdybym miała wybór w życiu bym tutaj nie została. Za dużo turystów, hałasu, uryny na ulicach... Wybacz- powiedziała, wymownie patrząc na jedzenie, które wkładał do ust- Czemu nie Konserwatorium Moskiewskie, albo Wiedeń, Berlin? Paryż to stolica mody, niekoniecznie muzyki- zmarszczyła brwi, jakby to, co mówiła, było dla niej oczywistą oczywistością.
Telefon na blacie zaczął nieznośnie wibrowac, przez co Nieznośna Złośnica podniosła się z krzesełka i z głośnym westchnieniem odebrała.
-Smacznego- mrugnęła do niego i bez słowa wyjaśnienia wyszła, wyraźnie czymś zdenerwowana.
[Co ty na to, żeby "przewinąc" to do tej czwartej nad ranem? ]
Lottie wstydziła się przyznac, że nie ma przyjaciół, ani też bliższych znajomych. Trzymała wszystkich na dystans, zaś wcześniej, w latach dziecięcych zbyt dużo podróżowała, żeby móc zawiązywac z kimkolwiek bliższe relacje. Była dzieckiem specyficznym do tego stopnia, że inne dzieci niespecjalnie chciały się z nią zadawac. Pracowita, ale nieraz krnąbrna. Dla nauczycieli obca, bo była zbyt dojrzała na swój wiek. Za szybko nauczyła mówic się w formie grzecznościowej, za szybko zaczęła płynnie czytac. Książki... Dobrze rozumiała, czemu oddawał się lekturze, gdy zauważyła go kątek oka, kiedy to miała poprosic kucharzy o dodatkowe desery (kelnerzy byli zajęci ich rozdawaniem).
OdpowiedzUsuńUśmiech znikł, zęby schowały się za wargami a cała jej sylwetka zdawała się byc skurczona. Telefon, który dostała, był od ojca. Dzwonił z jej mieszkania informując ją, jakoby znalazł antydepresanty w buteleczce z aspiryną. Dwie minuty przed tym, jak telefon wibrował na blacie, zadzwonił do byłej żony informując ją o tym fakcie, ta zaś w przeciągu pół godziny zdążyła nakrzyczec na córkę, wymierzyc jej policzek i uświadomic, jak niewiele znaczy. A córka? Po dojściu do siebie w łazience dla personelu, dalej sprzedawała uśmiechy i żarty.
Zauważyła go. Kątek oka, ale jednak, dostrzegła jego postac, jednakże nie udało jej się rozpoznac grymasu goszczącego na jego twarzy. Zamówiona przez nią taksówka podjechała, ona do niej wsiadła i poprosiła kierowcę, żeby podjechał na przystanek.
-Wsiadaj i nie próbuj odmawiac. Pewnie jedziemy w tym samym kierunku, bo studiujemy na jednej uczelni i też zapragnąłeś mieszkac nie tak daleko od niej- powiedziała szybko, ale spokojnym głosem. Była zmęczona, zdenerwowana i miała nadzieję, że po tym, jak odwiezie go do mieszkania, uda jej się znaleźc pokój w którymś z hoteli. Nie miała zamiaru wracac dzisiaj do domu, w którym czekał na nią ojciec z niesłusznymi oskarżeniami. Zgadywała, że sam wziął coś, nim spróbował czy aspiryna jest aspiryną i stąd uważał, że Lottie znów się stacza. A tak nie było. Była w dole, ale ciągle na tym samym poziomie.
[Okej, może być i tak. To kto zaczyna? c;]
OdpowiedzUsuńLayla.
To śmieszne. Niegdyś, ludzi było mniej a jednak nie czuli się aż tak tragicznie samotni. Nie chodzili do terapeutów tylko po to, żeby miec z kim zamienic parę słów, łudząc się, że terapeutę to w rzeczywistości obchodzi. Lottie wiele by dała, żeby choc na chwilę wypełnic czymś pustkę, którą teraz odczuwała. A może nie czuła nic? Może należała do pokolenia cyborgów, które zaprogramowane było tylko na pracę; jeśli tak, to w jej programowaniu poszło coś nie tak.
OdpowiedzUsuń-Bywało gorzej- powiedziała, uśmiechając się słabo. W istocie, towarzystwo starszych ludzi było znacznie przyjemniejsze, niż młodszych. Młodzi, w wieku ich rodziców, albo niewiele starsi od nich samych, chcieli więcej, szybciej. Ludzie starsi byli bardziej zdystansowani i nauczeni pokory, mieli również znacznie więcej do powiedzenia i opowiedzenia. Byli cierpliwi i mniej konfliktowi, wbrew pozorom. Najbardziej męczyła się na przyjęciach, gdzie rówieśnicy jej rodziców zabierali swe pociechy, ona zaś- będąc w ich wieku, musiała udawac, że wie o wszystkim wszystko, że umie rozpoznac smak wina bez patrzenia na butelkę... Że wie, jakie cwiczenia pomagają spalic zbędne kalorie, oraz czego niewolno jeśc przy takiej, czy innej diecie. Nigdy nie odmawiała sobie jedzenia. Wolałaby nie miec się w co ubrac, niż jeśc byle co. Oczywiście chińskie jedzenie się nie liczyło, to samo tyczyło się pizzy. Myślała raczej o odgrzewanych potrawach, które można było kupic za parę euro w Monoprix, czy innym markecie.
-Nieźle sobie poradziłeś, chociaż wyglądasz jak własny cień- oparła czoło o zimną szybę taksówki. Mocniej okryła się szalem, dłonie wciskając pod pachy- Powiedz taksówkarzowi adres. Przypomniałam sobie, że mam jeszcze coś do załatwienia- skłamała, ale tak gładko, że nie powinien był się domyślec.
Związki? Przed Anais była związana z dwoma mężczyznami. Jeden był czarującym chamem, który nie okazał się księciem z bajki; drugi zaś nie odróżniał Beethovena od Mozarta. Anais... Była odskocznią i największym rozczarowaniem, jakie w życiu przeżyła głupiutka i naiwna Lottie.
Lottie, Matthias wydawał się byc wytrwały i cierpliwy. Po ich pierwszej rozmowie, prawdopodobnie nie chciałaby ze sobą więcej rozmawiac. Po drugiej? Uznałaby siebie za manipulantkę. On zaś, przynajmniej takie miała wrażenie, nie oceniał jej tak ostro. Znał jej matkę, to pewnie łagodziło nieco obraz złośliwej Charlotte, która w ten sposób próbowała sobie zwyczajnie poradzic.
OdpowiedzUsuń-Nie trzeba- szepnęła, jednak nie odmówiła, gdy okrywał ją ciepłą wełną. Mimowolnie wtuliła się w materiał i przymknęła oczy. Mimo tylu godzin wysiłku fizycznego (nie oszukujmy się, gra na instrumencie to był wysiłek fizyczny) marynarka nie była przesiąknięta zapachem potu, co stanowiło miłe zaskoczenie.
-Zdziwiłbyś się, ile rzeczy można załatwic w sukni wieczorowej, o każdej porze dnia i nocy- wypowiedź zakończyła cichym westchnięciem- Masz może internet w komórce?- spytała, patrząc na niego uważnie. Swój telefon zostawiła w restauracji, robiąc to naumyślnie. Chciała miec wymówkę, dlaczego nie odebrała jednego z dwudziestu nieodebranych połączeń, które czekały na nią jutro rano. Poza tym, była jak dziecko. Ciągle szukała pretekstu, żeby w końcu zbliżyc się do matki. Ona jedna trzymała jej włosy, głaskała po policzku i na siłę karmiła, gdy dziewczyna przechodziła kurację oddechową. To ona nie pozwoliła ojcu, żeby wsadził ją do ośrodka zamkniętego i sama, wraz z opłaconym pielęgniarzem trzymała ją, gdy ta dostawała halucynacji i stanów lękowych. A teraz? Była jak obca osoba. Charlotte czasami zastanawiała się, czy gdyby wcześniej sięgnęła po prochy, coś byłoby inaczej. To Anais zachęciła ją do pierwszej działki, a ona głupia, naiwna i zakochana... Z uśmiechem od jednego, do drugiego ucha, wciągnęła dwie kreski- jedna po drugiej. Reszty tamtego dnia, lub nocy, nie pamięta.
-Swój telefon zostawiłam w restauracji, kompletnie o nim zapomniałam, a dostęp na chwilę do sieci pozwoliłby mi oszczędzic trochę jeżdżenia- wyjaśniła. Szczerośc za szczerośc, prawda? Grunt to uczciwośc.
[Oj, nie sądziłam, że Remy jest intrygujący, ale miło mi to czytać. Przeciw wątkom męsko-męskim nic nie mam, aczkolwiek z pomysłami też u mnie krucho, bo szczerze mówiąc nie widzę punktu zaczepienia między nimi.]
OdpowiedzUsuńRemy.
Bal maturalny w wydaniu Lottie i Louisa wyglądał nieco inaczej. Limuzyna, którą mieli pojechac nie przyjechała, Charlotte zdążyła pobrudzic sukienkę kawą, zaś Louis zgubic spinkę od mankietu. Na bal nie dotarli, za to miło spędzili czas oglądając filmy Tarantiniego, jedząc przy tym wszystko, co im wpadło w ręce i opróżniając zawartośc barku, o którym matka zapomniała. Pamiętała, że czuła się wtedy szczęśliwa. Louisa traktowała jak kumpla, dlatego też, zabolało ją, kiedy dowiedziała się jakie bzdury wygadywał na temat ich nieobecności. Podobnież miała koronki, podobnież była wyuzdana i zachowywała się jak, nawet nie jak prostytutka (Delacroix czytała dużo prasy i wychodziła z założenia, że większośc tych kobiet w istocie nie ma wyboru), tylko zwykła puszczalska. A tak nie było. Upili się, całowali na kanapie i podziwiali ruchy Umy Thurman.
OdpowiedzUsuńSłuchając go, mimowolne się uśmiechnęła. Uśmiech poszerzył się, gdy zobaczyła, że w Hotelu Balzac są wolne pokoje. Wyszła z przeglądarki zapominając o usunięciu historii.
-Albo żyjesz w innym świecie, albo jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego do tej pory poznałam- powiedziała. Nie mówiła tego złośliwie, wręcz przeciwnie. W jej głosie można było dosłyszec zachwyt, aprobatę, może odrobinę zazdrości- Czytałeś albo oglądałeś "Wielkiego Gatsby'ego? To wszystko, jest... Jak Daisy. Ona zaś przypomina Wielkanocną wydmuszkę. Piękna na zewnątrz, pusta w środku. Ci ludzie, którzy byli na tym spotkaniu, boją się, że gdy sam zaczną chorowac nie będzie dla nich lekarstw. Nie ma w tym szczytnego celu, o którym tak wiele się mówi. Nikt nie mówił o akcji charytatywnej, a o tym, że córka jednego z tych nieszczęśników młodo została wdową. Mój dziadek ma Alzheimera a moja matka, zamiast się nim zając woli wydawac bankiety, żeby zarobic śmieszne pieniądze, rzędu tych, które sama byłaby w stanie wyłożyc- powiedziała z przekonaniem. W jej oczach widac było smutek. Nie chciała go uświadamiac, jak wygląda świat w którym żyła. Nie powinna była, bo to nie był ani jego świat, ani jego sprawa. A mimo to, kilka lampek wina rozwiązało jej język.
Zdjęła marynarkę i poprosiła taksówkarza, żeby się zatrzymał. Wręczyła mu pięćdziesiąt euro wiedząc, że jest w tym zawarty również sowity napiwek i zebrała się do wyjścia z samochodu.
-Zapomnij o tym, co Ci przed chwilą powiedziałam. Unikaj takich ludzi jak ja, czy oni i radzę Ci, żebyś opuścił Paryż jak najszybciej możesz. To nie jest miejsce dla ludzi, którzy faktycznie myślą o innych- mrugnęła do niego i ruszyła w stronę hotelu. Miała do przejścia zaledwie czterdzieści metrów.
Lubiła takie przyjęcia. Czuła wtedy przynależnośc do jakieś grupy, zapominała o pustym mieszkaniu i ostatnich kłopotach. Nie musiała też zakładac sukni sięgających ziemi, upinac włosów u fryzjera, ani też cierpliwie czekac, aż pomadka "osiądzie" na wargach. Czuła się młodsza o jakieś pół wieku, jej oczy miały w sobie więcej radości niż wtedy, gdy spotkali się pierwszy raz.
OdpowiedzUsuńZauważywszy go, również posłała w jego stronę uśmiech. Lekki, może nawet nieśmiały, ledwo zauważalny. Rozmawiała akurat o czymś tak błahym jak karaluchy w metrze, których koleżanka bała się bardziej niż pająków. "To nienormalne, żeby coś było w stanie życ przez siedem dni bez głowy! I żeby przeżyło wojnę nuklearną, atomową, czy pies wie co"- słysząc tą wypowiedź, Lottie nawet się leciutko zaśmiała, kosmyk włosów zakładając za ucho.
Rozpuszczone włosy sięgały jej niewiele za łopatki, niesforne kosmyki będące pozostałością grzywki starała się nieudolnie podpiąc po bokach, jednak te i tak wpadały jej do oczu. Długą suknię zastąpiła beżowa sukienka bez ramiączek z miękkiej bawełny, szal zamieniony został w dżinsową kurtkę a szpilki odeszły w zapomnienie. Prócz bransoletki, ze szkła pochodzącego z wyspy Murano, nie miała żadnej biżuterii. Tym bardziej takiej, której wartośc przekroczyłaby dziesięc euro.
Chciała mu się odgryźc, jednak była do tego stopnia pijana, że zapomniała o wrodzonej złośliwości. Powiedziałaby, że nie poznała go bez taniego garnituru, albo instrumentu, który ma wynagrodzic mu coś, co ma większośc mężczyzn a u niego o tym zapomniano (oczywiście o genitalia chodzi). Wiedziała, że to dziecinne, kojarzyło jej się to z przekomarzaniem się z bratem, jednak nieraz w ten właśnie sposób dogryzała innym. A oni? Zbyci z pantałyku, zaskoczeni dziecinnością, obrażali się na nią lub przestawali traktowac poważnie. Może dlatego nie miała przyjaciół?
-Nie chciałam, by przycmiła blaskiem i opętała pożądaniem kogoś, kogo mogłabym spotkac w drodze powrotnej do domu- uśmiechnęła się lekko i wzięła od niego kieliszek- Zapomnijmy tu o pracy i zobowiązaniach, dobrze? Ty nie lubisz grac do kotleta, ja nie lubię przyjęc, na których muszę bywac. Tu chcę się dobrze bawic z rozkoszą podziwiac Paryż. Z tej wysokości wydaje się nawet ładny- stwierdziła, patrząc na niego bez skrupułów. Przybliżyła swój kieliszek do jego i uśmiechnęła się, pierwszy raz pokazując zęby. Był to szczery, nieco dziecięcy uśmiech.
-Za zapomnienie?
[Dziękuję za miłe słowa! Polubiłam Twoją postać i chcę, och, chcę wątku.
OdpowiedzUsuńMasz jakiś pomysł, zalążek...?]
Karoline
[Rozumiem i oczywiście nie mam nic przeciwko :). Zobaczymy co nam z tego wyjdzie. ]
OdpowiedzUsuńRosie nie mogła pracować... To znaczy mogłaby, tylko jej rodzice nie chcieli na to pozwolić. Uważali, że powinna skupić się na nauce i rozwijaniu swoich umiejętności, a nie na pracy, na którą przyjdzie jeszcze czas. Czasami jednak Rozalie pomagała w kwiaciarni matki, aby jakoś zapracować na te wszystkie wspaniałe rzeczy, jakie jej fundowali.
Od zawsze chciała się nauczyć grać na pianinie. Chodziła nawet na prywatne lekcje, lecz nauczyciel, który jej się trafił, za młodu był straszny. Nie wiedziała nic o grze, a on wymagał od niej zagrania bardzo trudnej i skomplikowanej melodii. Przez to się zniechęciła. Jednak ostatnio cierpiała na nadmiar wolnego czasu. Postanowiła powrócić do nauki gry. Nie była całkowitym beztalenciem. Dzięki pierwszemu nauczycielowi, którego miała na początku lipca, potrafiła zagrać podstawowe melodie. Udało jej się nawet zagrać jedną piosenkę (Wlazł kotek na płotek, jeśli można to nazwać piosenką, ale to już coś!)
Wracała właśnie z kwiaciarni, w której dziś miała swój dyżur. Ludzie grali jej na nerwach i najchętniej to zamknęłaby się w swoim pokoju. Wiedziała jednak, że to nie jest możliwe, gdyż jest umówiona na lekcję gry na intrtumencie.
Otworzyła niewielką furtkę i spojrzała na stojącego przy domofonie chłopaka. Nieco zmarszczyła brwi, gdyż nigdy wcześniej go tutaj nie widziała. W sumie to nigdy go nie widziała. Jeśli można tak powiedzieć, bo widziała go tylko od tyłu.
Wzięła kilka głębokich oddechów, po czym ostrożnie położyła dłoń na jego ramieniu.
- Przepraszam? Do kogo pan? - zapytała, przypatrując się jego twarzy. - Oł... Matthias - powiedziała, nieco zakłopotana. - Zapraszam - powiedziała i wpisała odpowiednie hasło do domofonu. Drzwi się otworzyły, a ona prześlizgnęła się w ich szparze. Po niedługiej chwili byli już w jej mieszkaniu. Rodziców jeszcze nie było. Ojciec pojechał na ryby z kolegami, a matka została dłużej w pracy.
- Napijesz się czegoś?
Rozalie
[Postaram sie odpisać koło 19-20 ;) ]
OdpowiedzUsuń[Ten pomysł ze spotkaniem po nieudanej randce bardzo mi się podoba, więc postaram się zacząć za jakąś chwilę. :)]
OdpowiedzUsuńZarina
Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się jakoś szczególnie. Layla miała dziś naprawdę dużo na głowie i jeszcze wieczorem musiała spotkać się z matką. Unikała jej na wszelkie możliwe sposoby, ale przecież wiecznie nie będzie jej mówić, że wychodzi z koleżankami się zabawić, albo ma coś innego ważniejszego niż spotkania z rodzicielką, Cóż chyba oprócz picia gorzkiej herbaty i wcinania czekoladowych ciastek i tak nie będzie robić nic innego. Chyba, że cudem zmieni plany i nie będzie musiała nigdzie wychodzić.
OdpowiedzUsuńZ klubu czytelnika wyszła jak strzała. Nie to, że się jej nie podobało. Chciała dzisiaj uniknąć wszelkich pytań na temat przerabianych dziś książek. Layla udała się do swojej ulubionej kawiarni w centrum, aby pijąc swoją ulubioną kawę mogła popatrzeć na wieżę Eiffla. To chyba było jej ulubione zajęcie. Layla wsiadła do swojego białego Ferrari i ruszyła. W momencie, kiedy wjechała na jedną z autostrad utknęła w korku. Mogła pamiętać, że o tej porze jest największy ruch. Cóż tego nie przemyślała i teraz będzie zmuszona do tego, aby siedzieć przez jakiś czas w aucie. Layla westchnęła zirytowana i otworzyła wszystkie okna, aby do środka wpadło więcej świeżego powietrza. Sięgnęła po torbę, aby wyjąć okulary przeciwsłoneczne i... Nie! Layla omal nie zaczęła krzyczeć, kiedy nie mogła znaleźć swojego pamiętnika. Cholera, nie nie! Przecież nie mogła go zgubić.. O Jezu... Co jeśli ktoś przeczyta to co miała tam zapisane? No i wszystkie jej sekrety już nie są sekretami... Kiedy usłyszała pikanie telefonu zirytowana otworzyła wiadomość. Po przeczytaniu wiadomości kamień spadł jej z serca. Matthias? Nie była pewna, ale chyba kilka razy go widziała. Cóż znalazł jej pamiętnik. Może nie okaże się ciekawski i nie zajrzy do środka. "Kawa brzmi świetnie. Na razie tkwię w korku. Podaj czas i miejsca, a się zjawię. Dziękuję, Layla". Odpisała szybko i... Właściwie nie była pewna już, gdzie ma jechać. Skoro jest już umówiona na kawę to raczej nie opłaca się już jechać do centrum. Przy najbliższej okazji zawróciła i czekając na odpowiedź pojechała do domu.
Layla
[Ja również nie wiem jak połączyć takich dwóch osobników.]
OdpowiedzUsuńYves
Patrzyła na niego rozbawiona do momentu, gdy wspomniał o jej podobieństwie do matki. Wtedy odwróciła wzrok, przygryzla wargę prawie do krwi i zacisnela palce na barierce. Z jednej strony, pragnęła tego podobieństwa będąc małą dziewczynką; z drugiej zaś, brzydziła sie nim w chwili obecnej. Dziurka po kolczyku w nosie zarosła sie dawno, koszulki z Iggy Popem nosiła jako ubranie codzienne, a jak wiadomo- wygoda wygodą, ale na urodziny nie wypadało przyjść w starych espadrylach i spranej koszulce.
OdpowiedzUsuń-Z pewnością nie mowić, że podoba Ci sie córka szefowej w momencie, gdy przełożonej nie przypomina- uśmiechnęła się, odsuwając od niego kilka centymetrów. Nie było to spowodowane obrzydzeniem, czy czymś takim. Musiała jednak jeszcze trochę wypić, żeby nie próbować uciec przed jakimkolwiek dotykiem, który nie był podaniem dłoni, czy grzecznościowym buziakiem. Nawet jego ramie, tuż przy jej ramieniu było dla niej niewygodne, trochę krępujące.
- Słaby żart- uśmiechnęła się krzywo i dopiła szampana. Czuła, jak bąbelki uderzają jej do głowy, zaś odległośc między nim, przestaje byc nieznośnie mała.
Ona po alkoholu wydawała się byc bardziej ludzka. Nie wygłaszała dziwnych mów na dziwne tematy. Ograniczała się jedynie do wtulania policzka w cudze ramię, przymykania oczu i uśmiechania się do puszki po oranżadzie. Niby znała się na fotografii, ale znała też Paryż. Wiedziała dobrze, że są miejsce o wiele lepsze, jeśli idzie o robienie zdjęc. Poza tym, nie robiła zdjęc do pocztówek, tylko do prywatnego albumu, gdzie najwięcej było starszych ludzi, zmarszczek, piegów i pieprzyków. Lubiła te ludzkie "ujmy" w urodzie, chociaż sama, najchętniej urodziłaby się bez piegów; nie miała jednak na co narzekac, bo prócz twarzy, skórę miała wszędzie tak samo bladą, jak pod pachami (podobno tam piegi nie dosięgały).
-Nie powinno się obierac croissanta, wiesz, jeśc go warstwami. Pluc do cudzych kieliszków też się nie powinno, ale i tak każdy robi co chce- wzruszyła ramionami i wróciła na stare miejsce, robiąc to niezauważalnie- Większośc z tych ludzi nie jest z Paryża, więc nie masz czym się przejmowac.
Założyła kosmyk włosów za ucho, tym razem dłonią drżącą, wzrok wlepiając w ciemny beton i leżące na nim odłamki szkła. Nie powinna była pokazac mu, jak bardzo zwróciła uwagę na ten błahy komplement, który w równym stopniu mógł byc obrazą. Zgadywała, że nie pilnował słów, że częstował miłym słowem każdego, bo w końcu nawet na trzeźwo, nie był jednym z tych zimnym, kipiących testosteronem samców, których noga nieraz była chudsza od nogi Lottie.
-Bang bang- zanuciła, gdy w tle zabrzmiała Nancy Sinatra. Uwielbiała tą piosenkę.
[Niech on lubi usta Cesara]
OdpowiedzUsuń[Niby oboje mają coś wspólnego z muzyką, ale czy to w tym wypadku dałoby radę jakkolwiek połączyć, to obawiam się że nie.
OdpowiedzUsuńMożemy za to uznać, że Matthias jest przyjacielem brata bliźniaka Roxanne odkąd tylko ten Twój Pan zjawił się w Paryżu. Odkąd on już tu siedzi?
W tym wypadku, nie ma opcji żeby nie mogli się poznać. Ten zacząłby traktować ją jak Aaron- brat Rox zupełnie jak młodszą siostrę, co załóżmy jej średnio odpowiada, bo ten zaczyna interesować ją w inny sposób.
Nie mam pojęcia.]
[A czemu by nie :) Egzamin bylby bardziej naglacy, bo i Ida raczej nie wpakowalaby sie z w duet bez przymusu. Zaczac, czy Ty to zrobisz?
OdpowiedzUsuńSorry za brak polskich znakow, ale laptop umarl i czekam az mi go reanimuja.]
Ida
Każde zajęcia są czystą improwizacją. Wie jedynie jaki materiał jest pożądany przez władze uczelni i kierując się złotą zasadą, że rząd nie zawsze zdaje sobie sprawę z tego, co jest najlepsze, rzuca się w wir książek. Przede wszystkim wrzuca jednak w otchłań literatury wszystkich przemęczonych i skacowanych studentów. Razem i każdego z osobna, testuje ich wiedzę i obycie, rozmawia z nimi i szanuje za wysuwane wnioski. Dużo mówi. Czasem zapomina, że trzeba zrobić przerwę na oddech. Ekscytuje się ledwo widocznie każdym dziełem i musi się powstrzymywać, by przypadkiem nie powąchać egzemplarza przed przeczytaniem jakiegoś fragmentu. Jest dumny z każdego, kto pojawia się na zajęciach, kto ma coś do powiedzenia, kto zadaje pytania i wpatruje się w niego pełnym oczekiwania spojrzeniem. Dlatego zna ich wszystkich. Wie, jak się nazywają, jakie przedmioty studiują poza jego własnym. I teoretycznie chciałby wiedzieć jeszcze więcej albo najlepiej wszystko, byleby zapchać głowę cudzym życiem i zapomnieć o swoim.
OdpowiedzUsuńSzczególną uwagę zwraca na studentów, którzy nie wybrali pisarstwa jako swój kierunek, a mimo to pojawiają się na zajęciach, słuchają co ma do powiedzenia i uczestniczą w przetwarzaniu każdego dzieła na części pierwsze. Jest ich trójka. Dwójka pojawia się nieregularnie, od czasu do czasu, siadając w rogu i notując kilka wybranych ciekawostek. Oprócz nich pojawia się ten chłopak. I jest za każdym razem. Cesar wyszukuje go w długich rzędach pełnych uczniów, czuje satysfakcję zawsze, gdy tylko go widzi. Matthias de Wachter. Pyta o niego innych wykładowców i zaczyna rozmawiać o nim zdecydowanie zbyt często. W końcu odpuszcza sobie, nie chcąc przesadzić ani tym bardziej narobić sobie problemów. Podczas zajęć jednak zdarza mu się spojrzeć na niego i utrzymać ten wzrok bardziej natężony niż w przypadku innych studentów. Ma wrażenie, że i on na niego patrzy. Nie sądzisz, że to zrozumiałe, skoro prowadzisz najnudniejsze wykłady na całym świecie? Eric nie zaskakuje go swoją ripostą, przez co jest w stanie ja zignorować i dalej prowadzić zajęcia. Omam siedzi na biurku i macha wesoło nogami, plując w studentów. Cesar zauważa, że tak jak i on sam, szczególną uwagę poświęca Matthiasowi; to co ich różni to fakt, że jego fascynuje to zamiłowanie do sztuki, a Erica zwyczajnie irytuje zainteresowanie kimś innym.
Po skończonych zajęciach udaje się do swojego gabinetu, wiedząc że przed nim jeszcze kilka godzin wypełniania dokumentów i sprawowania pieczy nad studentami, którzy potrzebowaliby pomocy. Tego popołudnia jednak czuje się na tyle fatalnie, że nie jest w stanie usiedzieć w miejscu. Zabiera swoje rzeczy, zamyka drzwi na klucz, a wychodząc z akademii, łyka jeszcze podwójną dawkę leków. Do szpitala dojeżdża pół godziny później i ma złe przeczucie. Pobierają mu krew, robią badania moczu i tomografię. Proponują by został na noc, ale nie zgadza się na to: zbytnio przeraża go możliwość pozostania na dłużej. Przeżył to zbyt wiele razy, by ryzykować kolejny.
Wyniki dostaje następnego dnia i wszystko jest nie tak. Eric wydaje się być nadzwyczaj zadowolony takim obrotem spraw. Rośnie w siłę. Może więcej. Uczłowiecza się zdecydowanie bardziej niż sam Cesar. Przez kolejne dwa tygodnie jest chodzącym widmem. Opowiada z mniejszym przejęciem, nie potrafi do końca się skupić i czasem nawet traci wątek. Omam śmieje się i policzkuje go za każdym razem jakimś nieprzychylnym komentarzem. Jest przemęczony i najchętniej ominąłby cały ten cyrk związany z nowymi studentami. Nie ma ochoty na spotykanie kogokolwiek. Lubi swoich obecnych uczniów, którzy wiedzą już jaki ma system, słuchają i odpowiadają na pytania. W tym momencie przeszkadza mu wszystko: światło, rozmowy, paskudne wino i płytkie tematy.
Wychodzi na zewnątrz i trochę się uspokaja. Rysy jego twarzy łagodnieją i w końcu, pierwszy raz od dwóch tygodni, czuje się niemalże normalnie. Eric oczywiście wciąż jest u jego boku, ale jego własny umysł jest na tyle czysty, że udaje mu się wygrać wewnętrzną walkę. Zapala papierosa ostatnią zapałką i obiecuje sobie kupić w końcu zapalniczkę. Przymyka powieki i opiera się o mur, zaciągając dymem. Dokładnie wtedy słyszy głos i otwiera oczy. Spogląda w tamtym kierunku i uśmiecha się delikatnie. Kiedy chłopak zbliża się do niego, kręci przecząco głową, bo faktycznie nie posiada niczego czym mógłby odpalić jego papierosa, poza oczywiście swoim własnym. Uśmiecha się pod nosem na tę myśl i sięga do cudzych ust, by wyjąć z nich fajkę. Wsuwa jej filtr pomiędzy swoje wargi i przysuwa rozżarzoną końcówkę do tej drugiej. Zaciąga się, po czym oddaje studentowi jego papierosa.
Usuń- Wybacz ten prymitywny sposób, Matthiasie – odzywa się, posyłając mu szczery, choć przepełniony zmęczeniem uprzednich dwóch tygodni, uśmiech.
[Ty też musisz mi wybaczyć beznadziejność tego odpisu i wszelkie błędy, bo męczą mnie dwie muchy, które na okrągło siadają mi na ekranie laptopa. Tak, tłumaczę się.]/Cesar
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń[Na dzień przed rozpoczęciem przez Matthiasa nauki w akademii, mogło się między nimi coś stać. Przy czym coś mogło być czymkolwiek. Sprzeczką w barze, przyłapaniu na czymś głupim (to już w pierwszy dzień) lub zwyczajne "oups" z małą pomocą alkoholu. O ile Yves raczej jest stosunkowo bezwstydny, o tyle mogliby się po prostu przez jakiś czas unikać, po prostu nie chcieć ze sobą rozmawiać. I tak do teraz, kiedy to Yves paliłby papierosa w męskiej toalecie przy otwartym oknie na ostatnim piętrze, bo tak i żaden z nich nie chciałby pokazać, że ma ochotę zwyczajnie uciec z tamtego miejsca.
OdpowiedzUsuńTak bardzo nie potrafię wymyślać, wybacz.
Nie musisz z tego korzystać, jeśli nie masz już ochoty na wątek.]
Zwraca uwagę na najdrobniejsze szczegóły w jego zachowaniu. Spięcie mięśni, rozwarcie warg, odwrócenie głowy, trzykrotne mrugnięcie, wsunięcie dłoni do kieszeni. I wszystko to wydaje się być nadzwyczaj nerwowe, jakby chłopak nie mógł znaleźć sobie odpowiedniego miejsca czy gestu, który to przypasowałby mu na tyle, by dać rozluźnienie. Jest to ciekawe na tyle, że Cesar nie odwraca od niego wzroku przez dłuższy czas. Przywykł do obserwacji. Lubi wiedzieć, kiedy coś się dzieje i z łatwością rozszyfrowuje ludzi, bo w ciągu ostatnich lat zmuszony był do robienia tego codziennie. Najpierw z Ericem, a później z samym sobą, bo nigdy nie mógł mieć pewności, że to, co widzi jest prawdziwe. A teraz jest tego pewien: Matthias palący papierosa, odrobinę motający się w swoich gestach czy słowach jest postacią jak najbardziej prawdziwą. Ta świadomość sprawia mu przyjemność, bo ukochał sobie wszystko, co realne, czego nie musi sprawdzać, co kilka minut, by mieć pewność, że on sam istnieje w tym samym świecie, co reszta.
OdpowiedzUsuńJego głos jest przyjemny w odbiorze i Cesar czuje się zadziwiająco dobrze w jego towarzystwie, mogąc słuchać jak nieudolne próby wytłumaczenia siebie wypływają z kształtnych warg. Myśli o tym intensywnie, jak gdyby próbował doszukać się w tym jakiejś głębi, a z drugiej strony wcale nie chce chłopca analizować i robić mu pranie mózgu. Pociera knykciami swój policzek i na chwilę odwraca głowę w drugą stronę. Zaciąga się papierosowym dymem, a kiedy ten się kończy, rzuca niedopałek na ziemię i przygniata to podeszwą buta. Następnie schyla się i podnosi go, tylko po to, by wycelować nim do kosza na śmieci. Wystarczy, że ma bałagan we własnej głowie, nie musi niepotrzebnie rujnować jeszcze akademii.
Powoli powraca wzrokiem do Matthiasa i jest niemal pewien, że dostrzega na jego nadgarstkach, zanim te zdążają zniknąć w kieszeniach, oznaki gęsiej skórki. To w połączeniu z każdym innym gestem mówi mu, że studentowi jest najprawdopodobniej zimno, a to że wciąż tu stoi jest pewnie spowodowane jego osobą. Nie chce jednak wracać do środka: tam jest zbyt głośno i tłocznie, za wiele się dzieje na jego wciąż zmęczony umysł. Skupia więc całą uwagę na wszystkich słowach, które właśnie usłyszał.
- Pytałem o Ciebie Twoich wykładowców – mówi otwarcie, gdy ten wspomina o niebyciu studentem literatury. Wie o tym od kiedy tylko pojawił się na zajęciach i to właśnie zaskarbiło sobie uwagę Traverta. – I muszę przyznać, że bardzo cieszy mnie ta obecność za zajęciach. Nie każdy ma tak szerokie pojęcie na temat tego, co mówię. Ostatnia praca była naprawdę świetna.
Pochwała nie jest nawet celowa. Po prostu wypływa z jego ust, zanim zdąży ją pohamować. Nie uważa jednak, by była czymś złym. Jakby nie patrzeć, chłopak zasłużył sobie na słowa uznania. Gdyby tak nie było, Cesar z pewnością nie powiedziałby nawet słowa o ostatnim zadaniu, które im przydzielił. Brzydzi się wszelkimi odmianami kłamstwa, choćby i zatajeniem prawdy, gdy ta powinna być wypowiedziana na głos.
Przesuwa wzrokiem wzdłuż jego ciała, obserwując jak materiał spodni marszczy się przy biodrach i kolanach, jak niewielka ilość skóry przy dłoniach wciąż jest odsłonięta, mimo chęci ukrycia ich przed zimnem, jak jego twarz zmienia się z każdym kolejnym, wypowiedzianym przez niego słowem. I jest to w jakiś sposób fascynujące, bo całkowicie niezrozumiałe, a co za tym idzie nurtujące. Cesar uwielbia odkrywać i dlatego to spotkanie nie kończy się w tym momencie, tylko trwa dalej.
UsuńZdajesz sobie sprawę, że gadasz jak zakochana nastolatka?, wtrąca złośliwie Eric, uwieszając się na jego ramieniu. To dekoncentruje profesora i rzuca mu oburzone spojrzenie, za co zaraz jednak neguje sam siebie i powraca wzrokiem do Matthiasa. Ale przyznaję, uroczy z niego chłoptaś. Jak chcesz, możemy się nim podzielić. Wezmę dolną część ciała, a Ty górną i wszyscy zadowoleni. Cesar z chęcią uderzyłby go za każde wypowiedziane słowo, a mimo to stoi całkiem nieruchomo w obawie, że chłopak będzie w stanie dostrzec zmiany w jego zachowaniu. Tę jedną rzecz musi utrzymać w tajemnicy, choćby z obawy przed utratą pracy, którą tak bardzo kocha.
- Palenie pomaga mi w skupieniu. Prawdopodobnie dlatego nie mam zamiaru rzucać – odzywa się w końcu, obdarzając go wesołym uśmiechem. – I nie zanudzasz mnie, Matthiasie. Uwierz mi, że już dawno czmychnąłbym do środka, gdybym nie miał ochoty z Tobą rozmawiać.
Stwierdza, że jest przystojny. W całkowicie niegroźny sposób jest w stanie określić, że podobają mu się te rysy twarzy, to jak układają się jego włosy, jak przy uśmiechu powstają drobne zmarszczki. Ta dziwna, młodzieńcza niewinność jest kusząco piękna. I Cesar, jako ktoś zagłębiony w literaturze, szuka w głowie tysięcy słów, którymi byłby w stanie opisać jego niebywałą urodę. I robiłby to dalej, gdyby nie jeden mały szczegół, a raczej jedno, ledwo widoczne drgnięcie. Nie zastanawia się długo. Zsuwa z ramion kurtkę i podaje ją chłopcu, nie mając dłużej ochoty przyglądać się jak ten marznie.
- Załóż ją. Nie chciałbym, żebyś się przeziębił – mówi zachęcająco, ignorując Erica, który gwiżdże pod nosem, zaabsorbowany uwagą, którą to Cesar poświęca Matthiasowi. On sam nie odczuwa zimna, mimo że pozostaje jedynie w cienkim swetrze. Od zawsze lubił niskie temperatury i ta wydaje się być idealna. – Nie krępuj się – dodaje po chwili, a rysy jego twarzy łagodnieją jeszcze bardziej, jakby ten uśmiech, który mu przesyła był tylko i wyłącznie zarezerwowany dla niego.
[Lubię bezsenność, bo noce są piękne]/Cesar
Matthias ma przyjemną barwę głosu. Odkrywa to dopiero teraz, kiedy to odzywa się ponownie. I podoba mu się w jaki sposób wymawia nazwisko pisarza, co dodatkowo wprowadza go w lepszy nastrój. Ostatnie, dwutygodniowe napięcie powoli rozprostowuje się, jakby ktoś przesuwał po nim żelazkiem. I wie, że to zasługa nie tylko papierosa ani taniego wina, ale również tego chłopca, co wprowadza go w nienaturalny stan wdzięczności. Spogląda na niego łagodnie i ma ochotę przesunąć palcami po miękkich (a przynajmniej na takie wyglądają) włosach. Wyrzuca z głowy tę myśl, bo robi się zbyt niebezpieczna i na chwilę odwraca wzrok, żeby wszystko uporządkować w swojej głowie. A przynajmniej to, co się da, czyli pomijając Erica, który z każdą kolejną sekundą pozwala sobie na więcej. Najpierw dotyka jego barku, później brzucha, a na samym końcu próbuje dobrać się do jego krocza, co komentuje cichym chrząknięciem, z czego jego omam nie robi sobie zupełnie nic.
OdpowiedzUsuń- Przepraszam na chwilę – rzuca nagle i odchodzi za róg. Bierze głęboki oddech i wykręca nadgarstki Erica, przygwożdżając go do ściany. Zaciska zęby ze złości i nie musi nic mówić. Wystarczy, by ten spojrzał w jego oczy, by wiedzieć jak bardzo jest wściekły, że ten musi przerywać nawet najnormalniejszą rozmowę. Przy czym jednocześnie zdaje sobie sprawę, że nie ma na Erica żadnej mocy i jeśli ten będzie chciał, dalej będzie dokazywał. Dobrze, już dobrze, będę grzeczny, tato.
Odpycha go od siebie i wraca, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. Uśmiecha się do Matthiasa przepraszająco, bo nagłe odejście było niegrzeczne, a nie należy do ludzi, którzy lubią robić podobne numery. Nie chce robić z tego niepotrzebnego problemu, dlatego jak najszybciej zmienia temat, co by obaj zapomnieli o tym incydencie.
- Z chęcią zobaczyłbym to wydanie – mówi otwarcie, faktycznie zaabsorbowany możliwością przeczytania notatek, o których wspomniał chłopak. – Chociaż prawdopodobnie nie masz go przy sobie, dobrze myślę?
Spogląda w stronę sali, wcale nie mając ochoty tam wracać. O wiele bardziej interesującą wersją wydarzeń wydaje się być droższe wino i poezja. Nie mówi o tym głośno, choć jest przekonany, że bardziej wnikliwy obserwator byłby w stanie wyczytać to z jego oczu. Oblizuje spierzchnięte od zimnego powietrza wargi i przesuwa wzrokiem po twarzy Matthiasa, chcąc dostrzec w nim to, co teraz myśli. Szczerze żałuje, że nie może znaleźć się w jego głowie choćby na sekundę, by dopatrzeć się każdej, nawet najdrobniejszej plątaniny jego refleksji na ten temat.
Daj sobie spokój, kochanie. Głos przy uchu znów jest nieznośnie prawdziwy, ale ignoruje go całym sobą, jakby to miało sprawić, że Eric nagle zniknie i więcej się nie pojawi. I choć widzi go obok siebie, woli skupić się na chłopcu przed sobą, który fascynuje go dużo bardziej niż własny omam. Tego niestety zna na wylot i doskonale zdaje sobie sprawę do czego chce doprowadzić.
[Wybacz mi, że tak krótko, ale właśnie wychodzę, a czułam przemożną chęć odpisania. I dzień dobry również.]
Śmiałość, z którą Matthias nagle podchodzi do sytuacji zaskakuje go do tego stopnia, że jego brwi powoli wędrują w górę, a zmarszczki na czole robią się bardziej widoczne. Spogląda na Erica, a jego mina mówi jedynie a nie mówiłem? Drapie się z zakłopotaniem po głowie, bo prywatne odwiedziny w mieszkaniu jednego ze studentów to prawdopodobnie jeden z najgorszych pomysłów, na które mógłby się zgodzić. A mimo to, coś ciągnie go do tego nieznanego domu, do wierszy, które czytał setki razy, ale jeszcze nigdy w takiej wersji, w takim towarzystwie. Wypuszcza z ust powietrze, po czym przytakuje i odrywa się od ściany. Spogląda jeszcze w kierunku sali i na chwilę opuszcza chłopaka na rzecz zrobienia paru kroków w stronę wnętrza. Zabiera ze stołu świeczkę i wychodzi z nią na zewnątrz jak gdyby nigdy nic.
OdpowiedzUsuń- Możemy iść - odzywa się, nie mając jednak siły na uśmiech. Ma zbyt wielką świadomość popełnianego w tym momencie błędu, nawet jeśli w głowie są te wiersze, a niewinność związana z czytaniem literatury.
Wyjmuje z kieszeni paczkę papierosów, po czym jednego z nich wsuwa pomiędzy swoje wargi i odpala płomieniem świecy. Ta gaśnie chwilę później, zdmuchnięta przez podmuch wiatru. Zostawia ją więc na ziemi, wolną rękę wsuwając do kieszeni. Szybkim krokiem opuszcza teren akademii, nie chcąc by ktokolwiek był w stanie ich dostrzec. Już ta ostrożność budzi w nim niepokój, bo gdyby nie robił nic złego, nie czułby potrzeby ukrywania się na ulicach miasta.
Nikotyna uspokaja go jednak w ciągu jednej, ciągnącej się w nieskończoność minuty. I dopiero wtedy gotów jest spojrzeć na Matthiasa. Przygląda się jego przystojnej twarzy, doszukując się na niej przejawu ekscytacji bądź może nieprzyjemności, która w formie dreszczu przebiega przez jego kręgosłup.
- Wolałbym, żebyś nikomu nie mówił, że odwiedzam Cię w domu - mówi w końcu, do tej pory zapominając, że wciąż ma aparat mowy. Zaciąga się dymem i trzyma go w płucach, dopóki te nie zaczynają piec. Wtedy wypuszcza siwy obłok i przygląda mu się, obserwując z uwagą jak mroźne, wieczorne powietrze rozstraja go i rozciąga w przeróżnych kierunkach. - Nie jest to zbyt profesjonalne z mojej strony.
[Tyle czekania na taki syf, smutna niedziela]/Cesar
Ma wrażenie, że z każdego okna wychodzą na ulicę wścibskie spojrzenia skierowane w ich stronę. Ucieka przed nimi przyspieszając kroku i jest naprawdę wdzięczny, widząc że Matthias trzyma w dłoni klucze. Rzuca niedopałek na ziemię, nie widząc w pobliżu żadnego śmietnika i rozluźnia się dopiero w momencie, gdy drzwi do mieszkania zostają otwarte. Schyla się i rozwiązuje buty, po czym ściąga je i układa równo przy innej, leżącej tam parze. Spogląda na studenta, stojącego tuż obok niego i próbuje rozgryźć, co ten chłopak ma w głowie. Pustka pojawiająca się w odpowiedzi jest nieznośna, bo nie pozwala na rozszyfrowanie go.
OdpowiedzUsuńEric rozgląda się dookoła, by w końcu stanąć za Cesarem i objąć go w pasie. Kładzie głowę na ramieniu i całuje delikatnie w płatek ucha, co dekoncentruje profesora i wzdryga się delikatnie, biorąc potężny haust powietrza. Nie chce tutaj tego ścierwa wytworzonego przez umysł. Potrzebuje swojej głowy tylko dla siebie, by móc rozsądnie myśleć. Ależ kochanie, przecież obaj wiemy, że pozbycie się mnie uniemożliwiłoby Ci dalsze funkcjonowanie. Nie ma, co do tego pewności. W jego mniemaniu wszystko byłoby prostsze, nawet ta wizyta mniej skomplikowana.
- Chętnie napiję się wina - odpowiada, mając szczerą nadzieję, że chociaż to zagłuszy omam, nawet jeśli miałoby to być jedynie chwilowe.
Znów powraca wzrokiem do Matthiasa, obserwując jak ten pozbywa się swoich butów. Później skupia się na twarzy. Krzywizna nosa widoczna jest dopiero w świetle, wcześniej nie był w stanie dostrzec pewnych szczegółów. Brwi są równe i zadbane, usta pełne i prawdopodobnie miękkie. Cesar karci się zaraz za tę myśl, bo jakkolwiek niewinnie podchodziłby do tematu, faktura jego ust nie powinna go interesować nawet w najmniejszym stopniu.
Prostuje się, napinając wszystkie mięśnie i chciałby zapalić, ale płuca bolą już od przepalenia i póki co odpuszcza to sobie. Rusza w głąb mieszkania i siada na kanapie, niekoniecznie zainteresowany wnętrzem i wystrojem pokoju. Chciałby mieć już w dłoni kieliszek wina, choćby po to, by zająć czymś ruchliwe od zestresowania palce. I dopiero kiedy pozwala zamknąć sobie na chwilę oczy, przychodzi rozluźnienie, a wraz z nią świadomość, że jest przecież dorosłym człowiekiem i może decydować o tym co robi, a co za tym idzie, być odpowiedzialnym. Unosi powieki i czeka aż Matthias dołączy do niego z winem i poezją, a póki co przygląda się swoim krótko obciętym paznokciom już dużo spokojniejszy niż wcześniej.
[Dzień dobry, a raczej dobry wieczór. Matthias jest super.]/Cesar
Muzyka rozstraja neurony, wino gotuje krew w żyłach, a poezja sprawia, że zaczynają trząść mu się dłonie z podniecenia. Z uwagą przypatruje się kolejnym stronom, analizując każde słowo, każdy komentarz na marginesie, kropkę, przecinek, kursywę i podkreślenie. Wszystko jest dla niego magią w najczystszej postaci, dużo bardziej ambitną i tajemniczą niżeli śmieszne sztuczki cyrkowych iluzjonistów. Czyta, w międzyczasie pije wino, nie zauważając nawet kiedy pierwsza lampka zamienia się w drugą, a potem w trzecią. Zakłada na nogę i zwilża językiem wargi i pochyla się głębiej nad poezją, śledząc jak charakter pisma zmienia się z czasem, jak autor był wyrywany ze skupienia, jak brakowało mu odpowiednich słów. Nie pamięta, kiedy ostatnim razem czuł się tak poruszony. Długie palce z niemalże czcią przesuwają się po papierze i wie, że nie zdoła przeczytać nawet jednej strony więcej, bo serce wypadnie mu na stół przez przełyk z przejęcia. Przymyka powieki i uśmiecha się delikatnie pod nosem, odkładając ten skarb na stół. Bierze głębszy oddech i w końcu prostuje się, opierając o kanapę. Nie ma bladego pojęcia na ile wina sobie pozwolił, ale to również daje mu się we znaki.
OdpowiedzUsuń- Muszę przetrawić to, co przeczytałem do tej pory. Mój umysł musi ochłonąć – mówi, a głos ma słabszy niż wcześniej, jakby osłabiła go ta literatura, wsiąknęła jakiś ważny kawałek. Jest jej za to wdzięczny. Nigdy nie chciałby brać bez oddania czegoś w zamian, więc ta transakcja, kiedy on dostaje piękno, a piękno zabiera odrobinę jego chaosu i bystrości pasuje mu jak najbardziej.
Dopiero po kilku sekundach ma odwagę spojrzeć na Matthiasa. I choć teoretycznie nic się w nim nie zmieniło, w praktyce Cesar widzi go teraz zupełnie innymi oczami. Jest studentem, który pokazał mu coś na tyle pięknego, że Eric wyłączył się choć na moment. Mimo że teraz czuje jego obecność na nowo, kiedy miał w dłoni Ginsberga, tamten nie istniał. Do tego wypiękniał nagle jeszcze bardziej, choć tutaj ma wrażenie, że powodem jest wino. Nigdy nie miał silnej głowy, a leki które dostaje jasno mówią o skutkach spożywania alkoholu podczas trwania terapii. Delikatnie kręci mu się w głowie, ale jest to do opanowania. Gorzej jest z pewnością jeśli chodzi o natłok myśli, bo wśród nich wynajduje mnóstwo całkowicie niestosownych. Chce je wyrzucić wraz ze swoim omamem, ale to jest niewykonalne, co zmusza go do wypicia kolejnej lampki wina.
- Dziękuję, że mnie zaprosiłeś – odzywa się ponownie i ma świadomość, że jeśli nie wyjdzie teraz, sytuacja może potoczyć się w bardzo niekorzystnym kierunku. A mimo to siedzi na miejscu i nawet nie drga w stronę drzwi frontowych, co jest całkowitym absurdem.
[Koniec świata jest bliski, sen nie przychodzi, a chęć na tosty rośnie i rośnie.]
[Już miałam krzyczeć, że chcę odpis.]/Cesar
OdpowiedzUsuńŻałuje, że nie ma tej książeczki dla siebie, że ta nie należy do niego i nie może wertować jej, co wieczór, dopóki nie nauczyłby się tekstu na pamięć. Chciałby zapamiętać najdrobniejsze szczegóły: gdzie autor się zdenerwował, co pił, jakie papierosy palił. Wszystko było jednak niedostępne, choć na pozór na wyciągnięcie ręki. Odrywa wzrok od tomiku, bojąc się o własny umysł, owładnięty pragnieniem posiadania. Skupia wzrok na Matthiasie, którego widzi niewyraźnie, zasłoniętego przez zlew kuchenny. A mimo to może zauważyć na jego twarzy zdenerwowanie nawet z tej odległości. Jest pewien, że wino na pewno mu się przyda, choćby po to, by zyskać trochę pewności siebie. Wcale nie dziwi go fakt, że student jest poddenerwowany jego obecnością; zazwyczaj wykładowcy nie składają domowych odwiedzin. W całej szkolnej karierze, Cesar robi to po raz pierwszy, samemu czując się z tym nieswojo.
OdpowiedzUsuńKiedy chłopak nalewa mu wina, wie doskonale, że powinien odmówić, a później grzecznie wyjść, pozostawiając swoją głowę wolną od wyrzutów. Zamiast tego jednak bierze kieliszek, dziękując delikatnym uśmiechem i zamacza usta w trunku, który jeszcze bardziej przyszpila go do kanapy. Spogląda za swoim uczniem i odnajduje go przy instrumencie, co tylko wzmaga chęć pozostania. Przeklina sam siebie, wsłuchując się w idealnie wygrywany utwór. I w końcu bierze się na odwagę, zmuszając do wyjścia. Wstaje. Wykonuje dwa pierwsze kroki w stronę drzwi frontowych, dłoń już zaciskając na kurtce, gdy nagle pojawia się przed nim Eric, spragniony dosłownie wszystkiego. Cesar nie musi pytać, by wiedzieć czego on chce, dlatego odwraca się machinalnie, uciekając czym prędzej od omamu. Nie wraca jednak na kanapę, tylko podchodzi do pianina i staje za grającym studentem. Oddycha płytko, jakby w nadawanym przez instrument rytmie, kątem oka wciąż dostrzegając Erica. Przymyka na sekundę oczy, a kiedy powieki zostają uniesione, skupia się już wyłącznie na Matthiasie. Budzi się w nim czułość do sprawnych palców, każdego z osobna i wszystkich razem, do sprężystej szyi, do wyprostowanych pleców, jasnych włosów, krzywizny lewego ucha. Unosi dłoń i pozwala jej powoli upaść na cudze ramię. Opuszkami przesuwa po materiale jego ubrania, by kolejno dotknąć karku. Mknie palcem wskazującym po linii kręgosłupa aż do zrównania się z łopatkami. Wtedy przerywa, rażony swoją niedyskrecją, a przede wszystkim lekkomyślnością. I choć wie, że powinien, wcale nie odwraca się i nie wychodzi. Stoi w miejscu, ręce trzymając wzdłuż swojego ciała. I jest naelektryzowany mocą pianina i wyczuwalnymi pod skórą kośćmi Matthiasa.
Cesar
[Co Ty na to, żeby przenieść się z wątkiem na e-mail? W razie chęci: kaczka.w.sosie.wlasnym@gmail.com]
OdpowiedzUsuń