19 sierpnia 2014

Życie jako forma spędzania czasu przestało mnie interesować.


Cesar Travert, trzydziestoośmioletni profesor na wydziale pisarstwa:
warsztaty literackie, proza, poetyka;
właściciel owczarka francuskiego i śmiesznie niewielkiej kawalerki

Z zeszytu numer trzy (2002-2003):
12 marca, 2002
Próbuję dokończyć drugi rozdział książki, ale idzie mi marnie. Wykańczam się w poszukiwaniu odpowiedniej motywacji dla Erica, który wydaje się być postacią zbyt barwną na tę opowieść. Kiedy w końcu udaje mi się sklecić parę zdań, ląduje w łóżku i resztę dnia spędzam na paleniu papierosów i wpatrywaniu się w sufit. Piję kawę w niepokojących ilościach, a kofeina pobudza mnie do tego stopnia, że nocami nie mogę spać. Mam podkrążone oczy i biję się z myślami, ilekroć widzę przed sobą tego skurwysyna. Czy ja oszalałem?

15 marca, 2002
Eric jest zbyt wyraźny. Widzę go stojącego naprzeciwko mnie. Słyszę jego słowa. Czuję zapach. Mogę go dotknąć. Wpatruje się we mnie ze złośliwym uśmiechem na twarzy, zadowolony stanem rzeczy. To wszystko jest w mojej głowie. To wszystko jest w mojej głowie. To wszystko jest w mojej głowie. Chore myśli. Chory umysł. Chora fantazja. Nie daj się opętać, Cesar. Musisz być, kurwa, silny. Wiem, że on nie ma racji bytu, że to istota przeze mnie wymyślona, że jedyne miejsce, w którym rzeczywiście istnieje to kartki wciąż niedokończonej książki.

27 marca, 2002
Pozwoliłem mu wygrać i teraz jestem tutaj. Sufit jest biały i ściany są białe, i podłogi są białe. Ja też jestem biały od wszystkich leków, którymi mnie faszerują. Nie wiem, co dostaję, ale z pewnością mi to nie pomaga. Mówią, że nie mam schizofrenii, że to psychoza. Przekazali mi to z uśmiechami na twarzach, zupełnie jakby to była dobra wiadomość. Eric tutaj jest. Mówi, że zostanie na dłużej, bo jestem zabawnym gościem. Nie chcę być zabawnym gościem w jego mniemaniu. W ogóle nie chcę, żeby miał jakiekolwiek mniemanie. Skończyłem rozdział trzeci.

5 kwietnia, 2002
Dwudzieste szóste urodziny spędzam na oddziale zamkniętych. Sto, kurwa, lat. Świętuję z Ericem, który mówi mi, co mam pisać w rozdziale piątym. Słucham go, bo ma dobre pomysły. Psychiatra próbuje dociec, dlaczego widuję akurat tę postać, pyta z kim ją utożsamiam i jakie ma dla mnie znaczenie. Odpowiadam wprost, że Eric był zawsze Ericem i pewnej nocy po prostu mi się przyśnił, więc postanowiłem napisać o nim książkę. Pyta mnie o czym ona jest, ale milczę. Nie mam ochoty rozmawiać z innymi pacjentami, unikam terapii grupowej i chcę stąd wyjść. Jestem gotowy do wypisu.

17 kwietnia, 2002
Wychodzę. Jestem wolnym człowiekiem z zewnątrz, choć moje wnętrze należy do Erica. Nienawidzę go. Nigdy nie pałałem do nikogo nienawiścią i teraz, kiedy ta wypełnia mnie po brzegi zupełnie nie wiem, jak sobie z nią radzić. Liczę, że zniknie wraz z ukazaniem się książki na półkach. Jest prawie skończona i robię ostatnie poprawki. Nie ma nawet trzystu stron, ale chcę oddać ją wydawcy jak najszybciej, bo może tym samym uda mi się wyrzucić z siebie Erica. Testuje mnie na każdym kroku. Czego chcesz, skurwysynu? Masz już mój umysł, czego Ci więcej trzeba?

23 kwietnia, 2002
Nie chcę mieć nic wspólnego z procesem wydawniczym. Zaznaczyłem to od razu, oddając „Króla Erica”. Obiecałem podpisać wszystkie potrzebne dokumenty.


30 kwietnia 2002
Nadzieja na pozbycie się Erica zniknęła dziś, kiedy po powrocie z zakupów, zobaczyłem go na swoim łóżku. Pieprzę go. Pieprzę każdą komórkę jego wyimaginowanego ciała. Chcę zostać sam. Zniknij. Odjedź. Zgnij. Umrzyj. Rozpadnij się. Byleby się Ciebie nie było. I nie śmiej się ze mnie, skurwysynu, przestań rżeć.

Z zeszytu numer sześć (2008-2009):

14 lipca 2008
Mieszkanie jest brudne. Naczynia leżą nieumyte od trzech dni. Na ziemi jest mnóstwo cuchnących ubrań. Śmieci wystają z worków. Pośrodku tego wszystkiego ja: najbardziej niemożliwy do uporządkowania. Eric śmieje się z moich porównań i uważa, że powinienem pisać nekrologi. Może to jakaś myśl. Zacznę od swojego.

20 lipca 2008
Zakupy dostarczają mi do mieszkania. Młody mężczyzna uśmiecha się do mnie zalotnie i wprasza się na herbatę, którą sam musi przygotować, umywszy najpierw kubki. Wydaje się być niezrażony bałaganem. Eric natomiast zrażony jest faktem, że spędzam czas z kimś innym. Podoba mi się jego zazdrość.

30 sierpnia 2008
Wychodzę z domu po raz pierwszy od prawie roku. Dimitri trzyma moją dłoń i nie pozwala mi myśleć o Ericu. Kiedy ten szepce mi do ucha, mężczyzna zaczyna całować mnie po szyi i to diabelskie nasienie znika na kilka sekund. Idziemy do teatru i pijemy drogiego szampana. Spektakl jest beznadziejny, ale alkohol wyśmienity i to na nim skupiam swoją uwagę. Musisz więcej żyć, mówi do mnie mój ukochany, lokując się na moich kolanach.

4 września 2008
Mam gorszy dzień i Dimitri wychodzi. Zostaję ja, zostaje Eric i jego grubiańskie żarty na temat naszej śmiesznej miłości. Upijam się wódką i zasypiam nago na kuchennym stole, wcześniej gasząc papierosy na własnych przedramionach.

17 września 2008
Odchodzi, bo jestem walniętym psycholem.

18 września 2008
Wróć do mnie. Wróć do mnie. Wróć do mnie.
Ależ jestem tutaj, mówi Eric i głaszcze mnie po policzku rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem.

24 grudnia 2008
Dimitri jest w szpitalu. Siedzę przy jego łóżku i ściskam ciepłą dłoń. Odciągają mnie od niego, gdy aparatura zaczyna wydawać niepokojące dźwięki. Eric mówi, że to wszystko moja wina. Gdyby mnie nie spotkał, nigdy nie rzuciłby się pod samochód. Przyznaję mu rację, a potem umieram sam w sobie, zamknięty pomiędzy środkami czystości i miotłami.

2 stycznia 2009
Co się dzieje z duszą, kiedy jedna jej połowa zostaje zakopana pod ziemią w drewnianym pudle?

11 stycznia 2009
Moja żałoba przekształca się w jednowyrazową mantrę: wróć. W odwecie dostaję tylko szyderczy śmiech Erica. Ma zupełną rację. Jestem żałosną imitacją człowieka.

Z zeszytu numer osiem (2012-2013):
2 czerwca, 2013
Nazwałem psa Brutus i zastanawiam się czy to ironia, czy może już autoagresja.

31 sierpnia, 2013
Trzęsą mi się dłonie, kiedy sięgam po papierosa i nie wiem czy to kwestia trzech wypitych kaw, czy Erica szepcącego mi do ucha. Wszystkie moje rany są zabliźnione i nie mogę się na nie napatrzyć. Po wszystkim, co ze sobą zrobiłem zostają mi tylko blade ślady. Psychiatra poprosił mnie o napisanie listu do matki, ale nie wiem, co miałoby się tam znaleźć. „Cześć, mamo. To ja, Twój syn, nie odzywałem się od pięciu lat, próbowałem się zabić i znów jestem w szpitalu. W umieraniu jestem najwyraźniej równie kiepski, co w życiu. Pozdrawiam”? Wolę schować się pod łóżkiem i udawać, że nie istnieję.

13 września, 2013
Na zajęciach grupowych opowiadałem o Ericu. Mówiłem o czterech książkach, które znała większa część pacjentów. O tym, że mnie prześladuje. Że teraz opiera się o moje nogi i dotyka stóp. Przemilczałem jego seksualne zachcianki. Za dwa tygodnie mnie wypiszą. Nie wiem, co ze sobą zrobię. Wiem, że nie mogę wrócić do Strasburga. Czy mogę wytępić zło ze swojej głowy i wypielić Erica jak chwast? Powróci. Skurwysyny zawsze powracają.

28 września, 2013
Paryż. Co ja tutaj robię?
Zwymiotowałem na podłogę w nowym mieszkaniu i nie mam siły podnieść się z ziemi. Leżę na dywanie, łykam tabletki nasenne jak cukierki i długopis powoli ciąży mi w dłoni. Eric głaszcze mnie po głowie i mówi, że tej nocy będzie spokojnie. Nie wierzę mu.

Z zeszytu numer dziewięć (2014- ):

31 marca 2014
Ja, Brutus i Eric przenosimy się do innej dzielnicy. Nasze nowe mieszkanie jest małe, ale ma dużo okien i miejsce na maszynę do pisania. Mój cholerny omam robi mi dobrze ustami, a ja próbuję spać wtulony w psią sierść.
Jutro pierwszy dzień pracy. Chwała edukacji, na litość boską.

Nie sądziłam, że tak się rozpiszę.
Bóg Fassbender.
Przybora.

35 komentarzy:

  1. [Witam serdecznie na blogu i ło Matko Przenajświętsza, kogo ja widzę! Fassy moja wielka miłość. A karta świetna, cudnie napisana.]

    Zarina

    OdpowiedzUsuń
  2. [Mój ci jest! - cytując te znamienite słowa, wyrażam swoją aprobatę, ponieważ ta jest, ehem, dogłębna.]

    Wasz Yves

    OdpowiedzUsuń
  3. [Karta jest naprawdę świetna! Wielkie gratulacje :).
    Zapraszam do wątku. Z tego co widze, to on jest jej wykładowcą, więc można pójść w tym kierunku. Można też iść w innym, jeśli masz pomysł. Bo ja nic konkretnego nie mam na myśli :C]
    Rozalie Roux

    OdpowiedzUsuń
  4. [Bogowie! Kocham, uwielbiam, ubóstwiam tę kartę po prostu! Nie sposób się oderwać, a pomysł z dziennikami jest po prostu genialny. Lubię dramaty, chętnie wmieszam M. w małe szaleństwo Cesara. Mój pianista uwielbia literaturę, więc przyczłapie na fakultet do pana profesora, a potem zobaczymy? Wszelkie sugestie mile widziane.]

    Matthias de Wachter

    OdpowiedzUsuń
  5. [Witam na blogu. Gdzieś już widziałam tę kartę.]

    Ole Villadsen

    OdpowiedzUsuń
  6. [Miłości nie lubię ustalać na wstępni. Ale jeśli Cesar szuka kochanki, z którą połączy go namiętność, pożądanie i wspólna pasja, to Rosie jest chętna, bo w sumie to myślałam o romansie z nauczycielem. A czy z tego miłość będzie, to wyniknie z czasem :)]
    Rozalie

    OdpowiedzUsuń
  7. Minęło zdecydowanie zbyt wiele czasu, zanim zaznajomił się z godziną, którą wytykały mu złośliwie wskazówki zegara na ścianie. Z pewną dozą niepokoju opuścił porządkowaną do późna pracownię, wcześniej zbierając swoje rzeczy i gasząc oświetlenie pomieszczenia. Skierował się do głównego wyjścia z budynku i tylko utwierdził się w przekonaniu, że ze zbyt dużym opóźnieniem przypomniał sobie o upływającym nieubłaganie czasie. Drzwi były zamknięte, a równało to się z tym, że on pozostał tymczasowym więźniem placówki. Sytuacja wydawała mu się iście komiczna, więc nie powstrzymał krótkiego parsknięcia i zdecydował się sprawdzić najbliższe wyjście ewakuacyjne, choć szczerze wątpił, aby zostało pominięte.
    Stawiał kolejne kroki swobodnie i lekko, nie obawiając się zupełnie zagubienia w sieci korytarzy. Szedłby dalej, gdyby nie rumor za drzwiami jednego z gabinetów. Stanął na chwilę przed źródłem hałasu, nieco obawiając się zajrzenia do pomieszczenia. Po jednym z silniejszych uderzeń nastała cisza i już niemalże wyciągnął rękę w stronę klamki, ale wejście do pomieszczenia otworzyło się bez jego ingerencji. Cofnął się pospiesznie, żeby nie przeżyć z pewnością nieprzyjemnego spotkania z drzwiami.
    W progu jego oczom ukazała się całkiem znajoma osoba, ale zdziwienie nie pozwoliło mu jeszcze przez chwilę na wyduszenie z siebie chociażby słowa. Spojrzał ponad ramieniem mężczyzny, szukając kogokolwiek, kto mógłby próbować tak desperacko wydostać się z gabinetu, ale nadal miał przed sobą tylko Cesara i nikogo poza nim. Zmarszczył subtelnie brwi, ale jego twarz zaraz się rozpogodziła.
    – Wygląda na to, że przynajmniej nie zamknięto mnie tutaj samego. To pocieszające – oznajmił swobodnie, choć wciąż przyglądał się mężczyźnie zaciekawionym, odrobinę niepokojącym spojrzeniem. – Czy coś się stało? – zapytał, wykonując dokładnie trzy kroki do przodu, żeby spojrzeć w przystojną twarz i wyczytać z jej wyrazu zagubienie.
    Był zmartwiony, przejmował się osobą, której podczas całej znajomości zdążył się przedstawić, postawić kawę i wymienić zaledwie kilka dłuższych wypowiedzi. Jakkolwiek byłoby to irracjonalne, jemu samemu wydawało się całkowicie naturalne.

    OdpowiedzUsuń
  8. [Tak sobie myślę, czy Rosie byłaby do tego zdolna. I wydaje mi się, że tak. Przedstaw mi, tak trochę łopatologicznie, bo mnie choroba dopadła i nie myślę zbyt dobrze -.-, jak Ty widzisz tą całą znajomość, proszę.]
    Rozalie

    OdpowiedzUsuń
  9. [Okej. Mam już ogólny zarys wszystkiego. Zacznę jutro, jak się wyśpię i zregeneruję siły :3]
    Rozalie

    OdpowiedzUsuń
  10. Cesar wykonał ruch, jakby pozbywał się czegoś odrażającego i nieskończenie niechcianego ze swojego ramienia, a on po prostu udał, że tego nie zauważył. Zamiast jakiegokolwiek komentarza, pytania lub nawet oceny, on po prostu uśmiechnął się do mężczyzny pokrzepiająco. Przekleństwo pominął również, choć mimowolnie zapamiętywał każde odstępstwo od narzuconej ludziom i przez ludzi normy. W głowie tworzył już posąg, który przypominał Cesara i wszystkie jego napotkane przed chwilą szaleństwa.
    Zasnął. Cóż, nie tłumaczyło to tego, co chciał mieć wyjaśnione, ale postanowił nie męczyć mężczyzny swoim wciąż dziecinnym zaciekawieniem i zadawaniem zdecydowanie zbyt wielu pytań. Westchnął więc głęboko, wsuwając dłonie w tylne kieszenie spodni i jednocześnie bawiąc się ścierką, która pozostawiona została w jednej z nich.
    – Wiesz, pociągają mnie tacy szaleni mężczyźni, ale nie lubię też się czuć przy nich nieswojo – zwrócił Cesarowi uwagę cierpliwym tonem, jakby zupełnie nic nie robił sobie z tego, że współwięzień właśnie intensywnie przyglądał się jego kroczu.
    Przygryzł lekko wargę, nawiązując ze swoim rozmówcą na nowo kontakt wzrokowy i w ten sposób poczuł się o wiele lepiej w jego towarzystwie, choć wciąż miał w sobie zatroskanie o tę osobę.
    – Podejrzewam, że nie masz opcji, żeby zadzwonić do kogoś, kto otworzyłby którekolwiek z drzwi – ocenił, plując sobie jednocześnie w brodę, bo jak zwykle uznał telefon za urządzenie całkowicie zbędne i pozostawił je w mieszkaniu. W mieszkaniu, w którym czekał zapewne głodny kot, gotowy zemścić się za brak pokarmu w misce rozszarpaną kanapą. – Nudno – stwierdził nagle, zupełnie nie przejmując się przerwanym wątkiem. Po prostu zaczął iść, unikając stąpania po fudze i celując czubkami ciężkich, wojskowych butów w kafle.

    OdpowiedzUsuń
  11. Idąc, zaczął pogwizdywać na wpół zmyśloną, a na wpół zasłyszaną melodię. To, o czym zapomniał, dopowiadał i nie widział w tym nic dziwnego, dopóki miał zajęcie. Poza tym chodził w całości. Wewnętrznie miał jeszcze dużo niewykorzystanej energii i jednocześnie powstrzymywał swoje zapędy, żeby po prostu nie rozpocząć biegu po korytarzu. Zewnętrznie zaś spacerował od ściany do okna, od okna do drzwi, cały czas przed siebie, byle tylko stawiać kolejne kroki i robić coś, cokolwiek.
    Jego gwizd zamarł, a on sam poczuł nieznajomy ciężar na swoim biodrze. Zatrzymał się nagle. Powędrował bystrym spojrzeniem od palców, przez przegub, łokieć, ramię i dotarł do twarzy, a następnie po prostu uśmiechnął się.
    – Masz ładne knykcie – stwierdził, wyciągając w stronę Cesara rękę, żeby wydobyć jego dłoń i trzymając zań, cofnąć się o kilka kroków, jednocześnie wiodąc za sobą swojego towarzysza. Przyciągnął obiekt zainteresowania bliżej swojej twarzy, przyglądając się w mdłym świetle pobliskiej latarni każdemu zgrubieniu i miejscom, gdzie skóra została w jakiś sposób zdarta. – Powiesz mi dlaczego tłukłeś w te biedne, niezawadzające nikomu drzwi? – zapytał nagle, przenosząc spojrzenie na twarz mężczyzny. Potrwało to tylko chwilę, bo zaraz puścił męską dłoń i zaczął iść dalej. Jakby nigdy nic uważał na fugę i uderzał otwartymi dłońmi o swoje uda, wybijając rytm własnych kroków.

    OdpowiedzUsuń
  12. Odwrócił się nagle na pięcie, słysząc te nacechowane nieprzyjaźnie słowa. Zatrzymał się znów, choć przecież przeszli tylko kilka metrów, a on potrzebował ruchu, bo zastygał, bo stawał się woskową figurą.
    – Czemu… – nie zdążył dokończyć pytania, ponieważ do jego wypowiedzi wtrącił się Cesar, patrzył więc na niego uważnie, śledząc każde drgnięcie jego ciała, pięknego ciała, bo ocenić to mógł nawet przez materiał ubrań.
    Podążył spojrzeniem we wskazanym miejscu, ale on widział tylko kawałek podłogi i zaczął odczuwać niewytłumaczalny żal, że nie mógł zobaczyć tego, czego doświadczał jego towarzysz. Podszedł do Cesara, ale ten zaczął iść. Mężczyzna stawiał kroki szybko i zmusił go do podbiegnięcia.
    – Ucieknij mu – rzucił z tak szczerym uśmiechem, jakie można było zobaczyć tylko u wciąż nieświadomego dzieciaka. Przez chwilę kroczył ramię w ramię z Cesarem, zaraz jednak wyprzedził go o kilka kroków. – Goń mnie – rzucił i po prostu zaczął biec.
    Zupełnie nieprzejęty był tym, czy Cesar faktycznie za nim podążył czy może uznał go za człowieka silnie cofniętego w rozwoju. To było dla niego całkowicie nieważne, bo doskonale zdawał sobie sprawę z własnej dziecinności i z tego, że takowa raczej nie zachęcała do zawarcia znajomości. Miał trzydzieści pięć lat i biegał po korytarzu akademii, w której budynku został zamknięty przez nieuwagę. Poza tym jeszcze zachęcał praktycznie nieznajomego mężczyznę do zabawy w berka i całkowicie nie obchodziło go to, co ten człowiek sobie o nim pomyślał.
    Dotarłszy do schodów, które prowadziły na niższe piętro, zaczął przeskakiwać co dwa stopnie i o mało rozbiłby się na pobliskiej ścianie, gdyby w porę nie wyhamował.

    OdpowiedzUsuń
  13. [Z przyjemnością.]

    I/II.
    Nie do końca wiedział co sprawiało, że profesor wydawał mu się kimś tak interesującym. Na początku być może chodziło o sposób chodzenia, głos, zarost i twarde rysy. Była w nim jakaś drapieżność, która nie pozwalała Matthias'owi na odwrócenie wzroku. Fakt, że na każdym wykładzie znajdował się w bezimiennym tłumie pozwalał mu na bezkarne obserwowanie ruchów mężczyzny. Często łapał się na wyrzucaniu sobie, że nie powinien się nim interesować. Profesor był od niego niemal dwukrotnie starszy. Z drugiej strony właśnie ta cecha powodowała, że czuł mrowienie w dole kręgosłupa na samą myśl o znalezieniu się w jego pobliżu. Po pewnym czasie nie chodziło już jedynie o jego wygląd. Każde ze zdań, które wypowiadał sprawiało wrażenie idealnie ukształtowanego w jego głowie – jakby planował wszystko na kilka wypowiedzi do przodu, układał, naprawiał, pozwalając by jedynie najbłyskotliwsze i najtrafniejsze stwierdzenia trafiały do uszu słuchaczy. Matthias miał czasem wrażenie, że mężczyzna odwzajemnia jego spojrzenie. Mówił sobie jednak, że musi się mylić. Nie był w końcu nawet studentem literatury. Poszedł na fakultet z czystej ciekawości, sądząc, że być może choć trochę poszerzy swoje horyzonty. Teraz zamiast notować, kreślił niezidentyfikowane bazgroły, tworząc w głowie scenariusze, które miały się nigdy nie wydarzyć.
    Wiele razy skutecznie walczył z ochotą, by skorzystać z godzin konsultacji w gabinecie wykładowcy i zadać mu kilka pytań, które tak naprawdę byłyby tylko pretekstem, by znaleźć się w jego obecności, sam na sam. Wiedział, że prawdopodobnie nic z tego nie wyniknie, tym bardziej, że był zbyt niepewny jego reakcji, by zaryzykować. Po kilku tygodniach zadano im pracę na temat symboliki w kilku książkach, które przewinęły się podczas wykładów. Zdobył się na odwagę i przyszedł na uczelnię w godzinach otwartych jego gabinetu. Serce waliło mu jak młotem, kiedy wchodził na odpowiednie piętro budynku literatury i nie było to bynajmniej spowodowane pokonaniem kilkudziesięciu schodów. Stanął przed drziami, biorąc kilka głębokich oddechów i zbierając się na odwagę. Zapukał trzykrotnie. Krew pulsowała mu głośno w uszach. W korytarzu nie było nikogo poza nim. Profesor nie odpowiedział. Powtórzył więc swój gest, z podobnym skutkiem. Nacisnął więc klamkę, ale drzwi były zamknięte na klucz, mimo wywieszonej kartki o godzinach, w których można było odwiedzać jego biuro. Matthias westchnął zrezygnowany i skierował się do wyjścia. Policzki paliły go od nadmiaru emocji. Zbiegł po schodach, jakby bojąc się, że mężczyzna nagle go zauważy, przejrzy jego zamiary i zacznie zadawać niewygodne pytania. Oczywiście nic takiego się nie stało.

    OdpowiedzUsuń
  14. II/II
    Jakieś dwa tygodnie później uczelnia organizowała tydzień otwarty dla przyszłych studentów. Można było porozmawiać z profesorami, obejrzeć wnętrza budynków i ich wyposażenie, poczuć atmosferę Akademii i zapoznać się bliżej z zasadami przyjęć. W ciągu dnia rozdawano więc ulotki, oprowadzano grupy potencjalnych kandydatów, a wieczorem kampus przekształcał się w jedną wielką imprezę organizowaną przez kluby zainteresowań. On i kilku jego znajomych postanowiło pójść na spotkanie klubu czytelnika. Jego przyciągnęła perspektywa dobrego towarzystwa, ich głównie darmowe sery i wino. Pokój oświetlało słabe światło z kilku bocznych lamp. Mierzono zapewne w coś w rodzaju ”nastroju”, ale zamiast tego uzyskano efekt ciemni fotograficznej. W środku roiło się od ludzi, harmider rozmów był niemal tak nieznośny jak rozgrzane od zbyt wielu ciał i oddechów powietrze. Nie pomagały nawet pootwierane na oścież okna. Odnalazł znajomych z klubu i przeprowadził kilka rozmów, mimo sporego upojenia alkoholowego większości z nich. Po kilku plastikowych kubkach taniego wina jemu też zaczęło być wszystko jedno. Wyszedł na zewnątrz, łapiąc równowagę i grzebiąc w kieszeniach w poszukiwaniu zapalniczki. Nocne powietrze trochę go otrzeźwiło. Dopiero kontrast w temperaturze pokazywał jak gorąco musiało być w środku. Westchnął, uświadamiając sobie, że oprócz papierosa powinien był też pomyśleć o pożyczeniu zapałek. Rozejrzał się w poszukiwaniu innych palaczy i wtedy go zobaczył. Stał oparty o mur budynku, wydmuchując kłąb dymu w ciemności. Matthias przełknął ślinę, lekko się spinając. Wziął dwa głębsze oddechy i skierował się w jego stronę.
    -Dobry wieczór, panie profesorze. - powiedział, zwracając na siebie jego uwagę. Ich spojrzenia spotkały się. - Ma pan może ogień? - spytał, wsuwając papieros między wargi i podchodząc bliżej.

    Matthias de Wachter

    OdpowiedzUsuń
  15. [Dzień dobry. Karta świetna, postac chętnie poznam. On woli chłopców, ona podobno dziewczynki.Spotkanie w jakieś niewielkiej kawiarni w Le Marais? Lottie mogłaby zostac wystawiona przez dziewczynę, on zaś, poszedłby tam wypocząc i nacieszyc oczy. Co o tym myślisz? ]

    Charlotte

    OdpowiedzUsuń
  16. Czuje nieprzyjemny zapach, kiedy wychodzi z mieszkania. To pies Madame Baseux znowu załatwij się na wycieraczkę Charlottę. Ta starsza pani nie była w stanie zaakceptowac faktu, że w tak porządnej kamienicy mieszka córka porządnej kobiety, która nieporządnie zamiast mężczyzn, sprowadza do domu kobiety. Oczywiście, było to dalekie od prawdy, bo Lottie nigdy z nikim do domu nie przychodziła, poza tym, Madame Baseux miała za dużo wolnego czasu i przeczytała zbyt wiele harlequinów, żeby sądzic, że życie młodej dziewczyny może byc spokojne.
    Chciałaby móc nazwac wykonywane czynności rutyną, bo wówczas łatwo mogłaby się w niej zatracic. Jej życie było jednak mniej poukładane i umówienie się z prześliczną Amerykanką było tego potwierdzeniem. Różowowłosa pięknośc miała na nią poczekac pięc minut, zatęsknic za delikatnie ochrypniętym głosem i miękkimi dłońmi Lottie.
    Zamyka drzwi, nim schodzi po schodach sprawdza jeszcze, czy wzięła ze sobą wszystko. Portfel, telefon, klucze do mieszkania z podartą, satynową przywieszką, która była kiedys jaszczurką, przypominającą tę, którą zaprojektował Gaudi.
    Wszystko jest.
    Idzie przez Paryż, twarz chowając pod czarnymi okularami i kapeluszem z szerokim rondem; w uszach ma słuchawki i prawie nie słyszy, okłamuje się, że wokół niej nie ma turystów, którzy zrobiliby zdjęcie kupie, gdyby nad nią była tabliczka oznajmująca, że jest to dzieło sztuki, zabytek, czy coś innego- równie interesującego.
    Kawiarnia okazała się rozczarowaniem. Cierpkim i lekko gorzkawym, jak mocne espresso, które miała zamówic przy Piękności. Pięknośc jednak się nie zjawia, a Piegus robi się coraz bardziej niecierpliwy. Rozgląda się wokoło.
    Nawet dzielnica znana ze swojego homoseksualnego ukierunkowania była oblegana przez ludzi, którzy mieli nadzieję obejrzec Luwr w dwa dni i resztę Paryża w następne pięc. Gdyby nie to, że co wieczór nie mogła spac przez turystów, którzy chcieli "poczuc romantyzm", "zakochac się" czy inne takie, nie miałaby im nic do zarzucenia. Francuski, z reguły chłopięco chude nie należały do ulubionego typu urody Char; turystyczny charakter stolicy uzupełniał braki kobietami okrąglejszymi, a przynajmniej na tyle, by Delacroix czuła się zaspokojona przez samo patrzenie na nie. To samo tyczyło się mężczyzn. Mimo niechęci do ich fizyczności, często również sposobu bycia, nie przepadała za patyczakami rzędu Stromae.
    -Dzień dobry- mówi niewzruszona zignorowaniem- Mogłabym się dosiąśc?
    Nie wie skąd to się w niej wzięło, zarówno pytanie, jak i odwaga by je zadac. Ma ochotę uciec, ale wcześniej dostrzegło w jego dłoni czasopismo, które zeszłego wieczoru krytykowała jej matka. Chce tylko zapytac, czy podziela zdanie Pani Delacroix.
    [Załóżmy, że to powyżej to odpis. ] / Lottie

    OdpowiedzUsuń
  17. Własny przyspieszony nieco oddech sprawiał mu niemałą przyjemność, bo był sygnałem do uspokojenia się, zaniechania dalszych wygłupów, podobnie też oddziałały na niego palce, które lekko wbiły się w skórę na karku.
    Odwrócił się przodem do Cesara i zahaczył kciuki o szlufki swoich spodni. Wyglądał tak, jakby ten krótki bieg nie był dla niego męczący, choć w rzeczywistości czuł to przyjemne pieczenie w przełyku, które wręcz kazało ruszyć się jeszcze i zmęczyć siebie, swój organizm oraz zbyt energicznie pracujący umysł.
    – Zawsze do usług – odpowiedział, posyłając siedzącemu mężczyźnie iście szelmowski uśmiech, a następnie dołączył do niego, zajmując miejsce obok.
    Usadowił się przodem do Cesara, ramię opierając o ścianę i krzyżując ze sobą nogi. Swoim kolanem prawie dotykał męskiego uda i nie wprowadzało go w jakiekolwiek zakłopotanie. Po prostu dzielił z tym człowiekiem przestrzeń jeszcze przez jakiś czas, do rana, do chwili wypuszczenia ich stąd. Nie mógł mieć przecież pewności, czy była to znajomość tylko na ten, konkretny czas czy coś innego i nie umiał nawet dokonać właściwej oceny sytuacji.
    – Więc… Kim jest Eric? Poza tym, że to twój omam, oczywiście – wypowiedział, jednocześnie przesuwając palcami po kieszeniach w poszukiwaniu papierosów oraz zapalniczki. Odnalazłszy upragnione przedmioty, wsunął sobie używkę pomiędzy wargi i wyciągnął rękę w stronę Cesara, wciąż trzymając obie rzeczy. – Wiem, że palisz – wypowiedział, tym samym sugerując, że mężczyzna miał się poczęstować.

    OdpowiedzUsuń
  18. I/II

    Kiedy patrzy na jego palce, nadgarstki, żyły na przedramionach, gdy ten sięga po papieros w jego ustach, przez myśl przechodzi mu, że wszystko co się dzieje jest jedynie wytworem jego bujnej wyobraźni. Za chwilę obudzi się we własnym łóżku, czy też wyrwie z zamyślenia w półcieniu sali wykładowej, którą poza jego głosem wypełnia jedynie skrzypienie starych krzeseł. W powietrzu krążą drobinki kurzu wzbite w powietrze z dawno nieczyszczonych obić, ktoś kaszle, ktoś skrzypi wiecznym piórem po samotnej kartce. Za chwilę na pewno się obudzi. Nic takiego się jednak nie dzieje. Papieros dotyka warg mężczyzny i zapala się bez większych kłopotów. Przez moment żałuje, że ta krótka chwila nie trwa dłużej. Bierze bibułkę w palce i odwraca wzrok, choć wie, że i tak zbyt długo patrzył na jego gesty.
    Zapamiętuje dobrze kształt jego ust, na chwilę, krótki moment, w którym wszystko jest możliwe. Zaraz potem szara rzeczywistość sprowadza go do pionu. To twój nauczyciel. Powtarza to zdanie jak mantrę od wielu tygodni, ale tak, jak lakierowana pokrywa pianina w jednej z sal na półpiętrze zaczyna z czasem blaknąć i tracić znaczenie. Wszystko tylko dlatego, że jeden gest ze strony mężczyzny pokruszyłby wszystkie bariery, które tak nieskutecznie budował od pierwszego momentu, gdy pojawił się na jego zajęciach. Nie był zresztą jedyny. Do legendarnego profesora literatury wzdychała połowa wydziału, w większości składająca się z posiadaczek długich, zakręconych w kształtne loki włosów i głębokich dekoltów. Zwykle myślał o nich w pejoratywnych kategoriach, choć wiedział, że dzieje się tak tylko dlatego, że chciałby mieć uwagę profesora na własność. Ten jednak każdego traktuje tak samo – z szacunkiem, uprzejmością (choćby wygadywali najgorsze bzdury i nie mieli pojęcia o niczym), ale i swoistą rezerwą. Czasem zdaje mu się, że mężczyzna błądzi gdzieś myślami, a za łagodnym uśmiechem kryje się coś, czego nikt nie rozumie. Nie sądzi zresztą, by kiedykolwiek miał szansę poznać go bliżej. Stojąc na piedestale profesorskiej sceny w audytorium jest nieosiągalny. Jest ideą bardziej niż człowiekiem z krwi i kości. W przyciemnionym świetle sali wykładowej nie widać zmarszczek i blizn, które teraz znaczą jego twarz, choć ciemność wokół nich broni się jedynie dzięki snopowi światała zsamotnej latarni obok budynku. Pojedyncze zdanie wypowiedziane przez profesora wśród stłumionego hałasu imprezy w budynku elektryzuje go. Zaciąga się, modląc, by dreszcz nie zaczerwienił mu policzków.

    OdpowiedzUsuń
  19. II/II

    -Nie wiedziałem, że zna pan moje imię. - mówi lekko zachrypniętym głosem i cieszy się, że nadal jest w stanie utrzymać pozory. Zamiast na mężczyznę spogląda na plac przed Akademią. Myśli o tym, że jeszcze dwa lata temu był dzieciakiem, który planował potraktować studia jako dobry moment na dorośnięcie i odnalezienie jakiejś bardziej konkretnej drogi. Dziś stoi na dziedzińcu i jest tak samo niedojrzały jak dwa lata wcześniej, z tą tylko różnicą, że jest tego świadomy. Zaciąga się, zbierając na odwagę. -Nie studiuję nawet literatury. Dziekanat poszedł mi na rękę, pozwalając trochę nielegalnie chodzić na pańskie zajęcia. - odwraca wzrok w jego stronę i od razu tego żałuje. Okazuje się bowiem, że mężczyzna uważnie mu się przygląda. Łagodny uśmiech sprawia, że na jego twarzy ponownie pojawia się kilka zmarszczek. Matthias zwalcza w sobie ochotę dotknięcia jego policzka, przesunięcia palcami po płatku jego ucha i szyi... - Nie powinienem zresztą palić. -dodaje, ponownie się zaciągając. - Rzuciłem. - uśmiecha się, jakby rozbawiony swoją niekonsekwencją. - Wszystko przez tanie wino i jeszcze tańsze rozmowy. - kręci lekko głową z niezadowoleniem i nerwowo przeczesuje włosy. -Przepraszam. - mówi nagle, głos mu drży. -Nie powinienem zanudzać pana profesora. - uśmiecha się z lekkim zakłopotaniem i zaciąga po raz ostatni, po czym gasi na wpół wypalony papieros na czubku śmietnika. W jego obecności czuje się nagłupszym człowiekiem w tym mieście. Wszystkie wypowiedziane słowa wydają mu się głupotą i błędem. Pluje sobie w brodę, że w ogóle przyszedł na tę przeklętą imprezę. Dopóki do niego nie podszedł mógł sobie bowiem wyobrażać ich pierwsze bliższe spotkanie. Teraz było już za późno. Wszystkie słowne potknięcia, wszystkie gafy działały na jego niekorzyść. Jego dziecinna fascynacja za chwilę okaże się dużo bardziej widoczna niżby tego chciał. Mężczyzna wyśmieje go, jeśli nie na głos, to w duchu. Matthias bierze głębszy oddech, próbując zebrać myśli, znaleźć w głowie choć jedną sensowną wypowiedź. Umysł płata mu jednak figla powtarzając co jakiś czas brzmienie jego głosu w tej krótkiej chwili, gdy wypowiedział jego imię. Boi się jego odpowiedzi, czuje potrzebę ucieczki i zapomnienia o tym wszystkim. Nie daje tego jednak po sobie poznać. Wciska dłonie w kieszenie spodni, czując, że różnica temperatur zaczyna dawać mu się we znaki. Rozgrzane ciało pokrywa gęsia skórką, choć nie jest pewien, czy chodzi tylko o zimno wieczoru. -Musi mieć pan dość towarzystwa studentów. - dodaje, skutecznie maskując chwilowe zakłopotanie. Pozwala sobie na ponowne spojrzenie w oczy mężczyzny i wie, że nawet jeśli nie będzie mu dane więcej go zobaczyć, ta krótka rozmowa będzie mu poprawiała nastrój jeszcze przez długi czas.

    [Mnie natomiast męczy bezsenność. Nie wiem, czy nie wkradły mi się jakieś błędy.]
    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  20. Wysłuchał tej krótkiej informacji o Ericu tak, jakby konfrontował się właśnie z opowieścią o paskudnym przeziębieniu, które przecież jednak ustępowało zwykle po jakimś czasie, a ten nieistniejący dla całego świata człowiek przecież był wciąż i nieprzerwanie już od dłuższego czasu. Mimowolnie wizualizował sobie własność mężczyzny w postaci omamu, zastanawiając się nad tym, jak tenże mógł wyglądać, co mógł teraz robić w tej jakże interesującej głowie jego towarzysza i jak silne spustoszenie do tej pory spowodował.
    – Obrazi się na ciebie, jeśli będziesz tak o nim mówił – oznajmił iście pouczającym tonem, marszcząc przy tym nos w zabawny sposób. Brakowało tylko tego, żeby pogroził Travertowi palcem. – Ludzie nie lubią być nazywani nienasyconymi zboczeńcami – dodał rozbawionym tonem, zupełnie nieświadomie uczłowieczając coś, co nawet nie istniało i nigdy nie postawiło nogi w świecie poza obrębem czaszki Traverta. Wiedział, że było to dość niepoprawne i choć zwykle nie zastanawiał się nad tym, co było właściwe, a co niekoniecznie, to teraz spojrzał na Cesara badawczo, jakby chcąc wyczuć jego reakcję.
    Zaciągnął się mocno niedawno odpalonym papierosem i odchylił głowę, żeby wypuścić dym w górę, ponieważ nie chciał dmuchać nim w twarz swojemu rozmówcy, podziwiał przez chwilę siwy kłąb, który rozwiał się, mieszając z powietrzem i przenikając do niego. Lubił ulotność tego kształtu i czasami palił tylko po to, żeby tenże uchwycić, zapamiętać i uspokoić swoje rozbiegane ciało i umysł.
    – Nie musisz mi ciągle dziękować, Cesarze – oznajmił łagodnie, przysuwając swoją zapalniczkę do papierosa, którego mężczyzna trzymał pomiędzy swoimi wargami. Podpalił za niego koniec używki i pozostał palcami w pobliżu jego warg o sekundę zbyt długo. Chciał ich dotknąć tak, jak wcześniej jego dłoni.
    Podobał mu się ten widok, ten człowiek, ponieważ pobudzał jego zmysł estetyczny do radosnego kwilenia i rozwodzenia się na temat nie tylko ładnych, choć zranionych knykci. Był w stanie zatrzymać jednak to w swoim wnętrzu, powstrzymując się tym samym przed przeniesieniem własnych myśli do świata zewnętrznego. Nie wiedział przecież, co mogłoby się z nimi stać w takim miejscu.
    Położył zapalniczkę oraz paczkę papierosów na podłodze, obok swojej nogi. Przytykanie filtra do ust z czasem stało się nawet dla niego odruchem czysto mechanicznym, ale i tak był wdzięczny petowi za to, że pozwalał zająć chociaż jedną rękę, ponieważ drugą już skubał grubą nitkę, której kawałek wydostał się spośród reszty szwów przy kieszeni. Chyba nawet on zaczął odczuwać zmęczenie dniem, krótkim biegiem i wszystkim.

    OdpowiedzUsuń
  21. I/II
    -Dziękuję. - odpowiada na komplement, bezwiednie się uśmiechając. Nie mówi tego na głos, ale zawsze spędza nad pracami dużo więcej czasu, niż wymagałoby się od kogoś, kto traktuje literaturę jedynie jako fakultet. Po części dzieje się tak dlatego, że zwyczajnie uwielbia czytać. To zresztą przyciągnęło go na pierwsze zajęcia – perspektywa nauczenia się czegoś nowego, być może możliwość spisania kilkudziesięciu tytułów, które musi jeszcze przeczytać przed przysłowiową śmiercią.
    Po pewnym czasie nie chodziło już tylko o książki i choć wiedział, że jego zainteresowanie powinno się raczej przenieść na ludzi w jego wieku, nie potrafił sobie odmówić tej prostej przyjemności, jaką było przyjście na wykład Profesora Traverta. Nigdy wcześniej nie poznał kogoś, kto tak otwarcie kochałby swoją pracę. Większość nauczycieli w jego życiu zdawała się żywić urazę do świata i przede wszystkim do uczniów o to, że jeszcze mieli szansę zrobić karierę. Ich szansa przeminęła. Nie wygrali konkursu Chopinowskiego, nie nagrali własnego krążka. Pozostało im związać się z instrumentem w jedyny sposób, jaki był możliwy – uczenie innych. Większość z nich była naprawdę dobra w swojej pracy – sami byli wybitnymi pianistami, więc wymagali od uczniów tyle rygoru i ciężkiej pracy, co od samych siebie. Matthiasowi dawało to poczucie, że potrafi wypełnić wszystkie założenia programu, nawet jeśli było mu ciężko. Podskórnie czuł jednak, że kiedy robił za szybkie postępy, kiedy nieoczekiwanie przeskakiwał o kilka Nokturnów i Etiud w semestrze za dużo, zdawali się być nieco bardziej zgorzkniali i jeszcze bardziej wymagający. Być może chcieli go w ten sposób nauczyć pokory, której miał zresztą dużo więcej niż jego koledzy z roku, przyzwyczajeni do ciągłych pochwał w prywatnych szkołach muzycznych.
    Z zajęciami literatury było inaczej – Profesor Travert, który w jego myślach był po prostu Cesarem zdawał się zawsze niesamowicie zafascynowany wszystkim, co robił. Mówił z pasją, zaciekawiał, drążył temat. Energia na jego wykładach zdawała się wręcz pulsować. Brakowało mu tego na zajęciach z historii muzyki, czy harmonii.
    Nie ma więc nic dziwnego w tym, że komplement wywołuje uśmiech na jego twarzy. Kilka słów uznania z jego ust daje mu więcej satysfakcji niż list rekomendacyjny najbardziej wymagającego pianisty w Akademii. Myśl o tym, że mężczyzna rozmawia o nim z innymi nauczycielami, ba, że poświęca jego osobie nawet chwilę namysłu, wywołuje w nim dziwną euforię. Jego kolejne słowa trochę go peszą – ma zresztą rację, jest ostatnią osobą, która mogłaby się przejmować uprzejmością wobec studenta.

    OdpowiedzUsuń
  22. II/II
    Przez krótki moment cieszy się, że przez alkohol poczuł przemożną potrzebę zapalenia. Bez względu na to, co miałoby wyniknąć z ich rozmowy, po raz pierwszy ma okazję znaleźć się tak blisko. Zaskakuje go, że Travert jest dużo wyższy niż się tego spodziewał. Góruje nad nim kilkunastoma centymetrami wzrostu, co tylko potęguje w nim wrażenie nieadekwatności. Nie daje jednak po sobie niczego poznać. Być może papieros wpływa na niego uspokajająco, ale po części odzyskuje swoją zwykłą pewność siebie. Nie oznacza to, że posunie się do czegokolwiek. Dobrze zdaje sobie sprawę, że mężczyzna znajduje się poza jego zasięgiem. Nie jest młodym chłopakiem spotkanym w barze – Matthias wie, że nie przydadzą mu się długie spojrzenia i kilka słów wypowiedzianych stanowczym głosem do ucha. Delektuje się jednak faktem, że może przebywać w jego towarzystwie, choćby na krótko. Chłód rzeczywiście daje mu się we znaki. Przez myśl przebiega mu, że lato naprawdę zaczyna dobiegać końca i niedługo będzie się musiał skupić na nadchodzących przesłuchaniach i pierwszych powakacyjnych egzaminach. Marszczy na chwilę brwi i przegania tę myśl. Przechodzi go niekontrolowany dreszcz, jeden z tych które łaskoczą kręgosłup, jak pojedyncze kopnięcie prądem. Kiedy mężczyzna oferuje mu swoją kurtkę, początkowo chce odmówić. Ponownie się peszy, przez co na jego ustach pojawia się nieśmiały uśmiech. W końcu jednak poddaje się i bierze okrycie do ręki. Celowo, bądź też nie na ułamek sekundy dotyka palców Profesora. Kontakt ich skóry wywołuje w jego głowie lawinę myśli, które są tak nieskładne, że cudem wypowiada słowa podziękowania. Okrycie jest ciepłe od temperatury ciała mężczyzny. Rękawy są trochę za długie, ale Matthias nie zwraca na to uwagi. Materiał jest przesiąknięty jego zapachem pomieszanym z papierosowym dymem. Bierze jeden, być może dwa głębsze oddechy, czując jak kąciki jego ust same kierują się ku górze. Nie spodziewał się gestu Profesora. Jest zaskoczony, ale przede wszystkim stara się ukryć to, jak bardzo cieszy go taki obrót sprawy. Ponownie na niego patrzy, przez moment pozwalając sobie na zatrzymanie wzroku na szyi i klatce piersiowej poruszającej się w rytm oddechu pod materiałem swetra, który ledwie widocznie opina jego ramiona i brzuch. Unosi spojrzenie na jego twarz, zatrzymując się na chwilę na twardej linii szczęki, którą pokrywał kilkudniowy zarost. Zaczyna się zastanawiać, jak przyjemne byłoby dotknięcie go. Zamiast tego odzywa się ponownie:
    -Chyba wystarczy mi na dzisiaj słabego wina. - uśmiecha się bezwiednie, maskując podskórną nerwowość. Czuje, że bez względu na to, co powie, zabrzmi dziecinnie albo głupio. Wie, czego chce, ale w przeciwieństwie do młodych chłopaków, z którymi zwykle się spotyka, tym razem nie wie, co powiedzieć, ani jak pokierować sytuacją, by osiągnąć zamierzony efekt. Boi się, że mężczyzna go wyśmieje, albo co gorsza odmówi. Wizje Matthiasa opierają się bowiem zawsze na przesłance, że ten byłby nim zainteresowany. Postanawia mimo wszystko zaryzykować. - Znalazłem ostatnio jedno z pierwszych wydań poezji Ginsberg'a, to, o którym wspominał pan na wykładzie. Jest pełne drobnych notatek na marginesach. Chciałem je ostatnio panu pokazać, ale nie udało mi się złapać pana w gabinecie. - przykłada dłoń do ust i kaszle cicho przez krótką chwilę, próbując pozbyć się nieznośnej chrypy. Przez cały czas patrzy mu w oczy, onieśmielony faktem, że stoją tak blisko. Ma jedynie nadzieję, że mężczyzna nie potrafi czytać mu w myślach.

    [ Dzień dobry ] Matthias

    OdpowiedzUsuń
  23. Rosie miała wszystko idealnie zaplanowane. Zazwyczaj nie miała czasu na żadne przyjemności. Jednak przez te wakacje cierpiała na nadmiar wolnego czasu. Dużo czytała, jeszcze więcej pisała i malowała. Wszystko miało jednak swoje granice. Bo ileż można siedzieć w samotności i beznamiętnie gapić się w kartkę papieru z nadzieją na oświecenie?
    Rodzice nie chcieli się zgodzić na żadną pracę dorywczą. Uważali, że ich córeczka powinna skupić się na nauce i rozwijaniu swoich pasji. Najlepiej by było, gdyby w ogóle się z nikim nie spotykała. Tylko chodziła na prywatne lekcje i zdobywała coraz wiecej wiedzy. Rosie miała tego serdecznie dość, gdyż też chciała mieć czas na jakąś rekreację. Tak się wykłóciła, że teraz nie miała co z sobą zrobić.
    Wolontariatu w schronisku podjęła się już w szkole średniej. Najpierw było to tylko dla zabawy i zdobycia dodatkowych punktow. Z czasem się w to tak wrkeciła, iż nie wyobrażała sobie życia bez pomocy biednym zwierzętom. Szukała im nowych domów, zachęcała ludzi do dawania pieniędzy na ich wyżywienie. Często wyprowadzała psy na spacer, a koty smyrała za uchem. Lubiła to, naprawdę.
    Odkąd zobaczyła jednego ze swoich profesorów w schronisku, to nie mogła o tym zapomnieć. Sama nie wiedziała, co się z nią w tamtych momentach działo. Zaczęła chodzić na prawie wszystkie wykłady, tylko po to aby mieć z nim bliższy kontakt. A przy okazji nauczyć się czegoś więcej. Wszystko zmieniło się kiedy kiedy naszły wakacje. Nie chciała nachodzić swojego profesora w jego mieszkaniu. Nie była w końcu taką wariatką, a przy okazji desperatką! Nie można było jednak powiedzieć, że nie szukała jakieś wymówki. Bo szukała. I dopiero pod koniec sierpnia ta okazja przyszła.
    Jego pies był ze schroniska, a dzięki temu mogła odwiedzić go pod pretekstem zapoznania się z warunkami życia psiaka. Mogła tak zrobić, ale tylko z polecenia szefowej. I takie polecenie dnia dzisiejszego padło. Szefowa zwołała zebranie wszystkich wolontariuszek i kazała im zdecydować do kogo chcą pójść. Na każdą przypadło sześć osób, mogły sobie nawet wybrać. Rozalie bez większego zastanowienia wybrała swojego profesora. Nie dała jednak nic po sobie poznać. Umiejętności aktorskie nawet się do czegoś przydały.
    Wizyty miały być niespodziewane. Rosie spisała sobie wszystkie adresy i wybierała od najbliższego. Zaplanowała sobie całą podróż. Na pierwszym miejscu była pani Sauve. Szybko się z nią uwinęła. Kobieta była pulchna i kochała swojego yorka, którego przygarnęła. Chodziła z nim do fryzjera, na różne psie zabiegi... No, Roux się nie mogła przyczepić.
    Następna na liście była rodzina amerykańskich lesbijek. Mamusia, mamusia i dwie córeczki... Dla samej blondynki wydało się to nieco obrzydliwe, lecz nic nie powiedziała. Pies miał u nich dobrze, więc się tutaj również nie mogła przyczepić.
    Przyczepiła się jedynie u pewnego kawalera, który wypuścił zwierzę bez smyczy. Pies, co prawda, nie był groźny, lecz samopas nie powinien biegać! Ponadto nie miał obroży, a jego miski były puste. Rozalie była jednak tylko wolontariuszką, która nic nie mogła poradzić. Ponadto nie sądziła, ze to aż tak wielkie przewinienie. Musiała to jednak zgłosić, aby nie dostać po uszach. Powiedziała tylko, iż zadzwoni do swojej szefowej. I tak też się stało. Zadzwoniła do swojej przełożonej w drodze do mieszkania pana Cesara. Chwilkę z nią porozmawiała i przedstawiła całą sprawę. Ta powiedziała, że będzie miała oko na tego mężczyznę.
    W końcu stanęła przed drzwiami do mieszkania Cesara. Ze świstem wypuściła powietrze, a potem kilkakrotnie zapukała do drzwi. Cofnęła się o krok, nerwowo skubiąc bransoletkę, którą miała na lewym nadgarstku.
    Rozalie

    OdpowiedzUsuń
  24. Wysłuchał Cesara. Spił każde słowo z jego ust do cna, zapamiętując nawet pojedyncze drgnięcie w tonie głosu i nadając mu odpowiedni wymiar i fakturę we własnej głowie. Jego rozmówca w tej chwili brzmiał chropowato niczym świeży listek papieru ściernego i nie miało to bynajmniej pozytywnego wydźwięku. Nieomal wzdrygnął się przecież na ostrość jego głosu.
    Choć już wcześniej wiedział, że Eric nie był żartem i wymysłem, dopiero teraz nabrał do tej wizualizacji jakiegokolwiek stosunku i gdyby tylko mógł, wyrwałby go z umysłu Cesara, chociażby miał to robić kończyna po kończynie, każdy organ pojedynczo. Teraz zaś począł się czuć winnym, bo nie mógł zrealizować tego, co by chciał uczynić z omamem i dodatkowo miał odczucie bycia sprawcą nagłej ciszy, która ścielała się pomiędzy nimi gęsto. Była nazbyt drażniąca, żeby mógł pozwolić jej trwać chociażby chwilę dłużej.
    – Przepraszam, Cesarze. Nie chciałem z nim solidaryzować – wypowiedział łagodnie, zagryzając zębami część wargi od wewnątrz i wbijając w mężczyznę oczy rozkosznie przepełnione skruchą.
    Dopaliwszy papierosa, ugasił go na podłodze i wrzucił peta do paczki, która zaczynała ziać niepokojącą pustką. Nie miał sumienia pozostawić aż tak dużego śladu własnej obecności na tym korytarzu.
    Wstał nagle, wsuwając i tak już zgniecioną paczkę wraz z zapalniczką do kieszeni spodni. Spojrzał na Cesara z góry, ponieważ przypomniał sobie, że przecież człowiek ten nie miał umiejętności czytania w jego myślach i nie mógł odgadnąć w żaden sposób jego zamiarów.
    – Chodź. Chcę ci poprawić nastrój – wypowiedział, uśmiechając się w dość tajemniczy, ale i subtelnie zmęczony sposób. Przetarł oczy wierzchem dłoni i zaczął niestrudzenie iść w stronę schodów, nawet nie sprawdzając tego, czy Travert zacznie podążać za nim, bowiem nie wybaczyłby mu, gdyby tego nie uczynił.
    Powrócił na wyższe piętro. Tę trasę znał na pamięć, skoro pokonywał ją codziennie niemalże od dwóch lat i nawet nie musiał szczególnie zastanawiać się nad każdym kolejnym krokiem. Kiedy stanął przed drzwiami swojej pracowni, otworzył ją prawie natychmiast i równie szybko sięgnął dłonią do włącznika światła.
    Całe pomieszczenie było prawdopodobnie najbardziej zagraconą salą, jaką widziały mury tego budynku. W całym tym rozgardiaszu dało się znaleźć wszystko i z pewnością żadna osoba, która choć raz tu była nie poczułaby zdziwienia na widok piły spalinowej w którejś z licznych szafek. Najwięcej miejsca zajmowały różnorakie prace uczniów, które sprawiały wrażenie, że na jego zajęciach panowała istna samowolka. Ktoś korzystał z kamiennego bloku, a stanowisko obok znajdował się spory kawałek drewna i dłuto. On sam wydawał się być panem i władcą tego całego chaosu, bo bezproblemowo znalazł miejsce dla siebie i nierozpakowaną, miękką porcję gliny. Przyciągnął dodatkowy stołek i postawił go zaraz obok miejsca, które sam zajął.
    – Siadaj – zażądał z uśmiechem, który wstąpił na jego usta dokładnie w chwili, w której to Cesar stanął w progu sali. Nie tłumacząc jeszcze swoich zamiarów, wyciągnął nieco wyświechtany kawałek materiału, ale zatrzymał się jeszcze na chwilę z przewiązaniem sobie nim oczu.

    OdpowiedzUsuń
  25. -Niestety nie. - odpowiada z nutą zawodu w głosie, choć oczywistym jest, że nie nosi w kieszeniach spodni tomików wierszy. Patrzy mu w oczy, nadal zastanawiając się dlaczego zostawił go samego w ciemności na ten krótki moment. Nie słyszał jego głosu, więc nie mógł odbierać telefonu. Być może odpisywał po prostu na wiadomość i nie chciał, by Matthias mógł mu zajrzeć przez ramię. Niektórzy ludzie należą przecież do tej wąskiej grupy społeczeństwa, która chroni swojej prywatności, jak Cerber. Przynajmniej tak to sobie tłumaczył. Zachowanie mężczyzny zniknęło z jego myśli, gdy ten się odezwał. Chłopak poczuł, że otwiera się przed nim zupełnie nowy wachlarz możliwości. - Mógłbym go panu pokazać. - uśmiecha się niewinnie, jego głos nie ma w sobie nawet śladu wyrachowania. Proponuje mu jedynie to, o czym mówi, dla świata jest jedynie studentem, a Travert jest tylko Profesorem. W jego myślach rozgrywa się jednak wielowątkowa sztuka, której jedyną postacią jest on sam. Waży swoje opcje, przez moment się waha, ale chęć przedłużenia czasu spędzonego w pobliżu mężczyzny w końcu wygrywa z barierami, które sam sobie stawia, w obawie przed nieznanym. - Mieszkam tu niedaleko. - wskazuje ogólny kierunek, w którym musieliby się skierować.
    Mimo tego, że wie dlaczego proponuje mu spacer i spotkanie, nie peszy się. Zamiast tego czuje roznący entuzjazm i zadowolenie z faktu, że słaby jak dotąd wieczór zaczyna nabierać interesującego przebiegu. Analizuje w głowie kilka rzeczy – wie, że Mike jest teraz na wakacjach w Toskanii, więc mieszkanie jest zupełnie puste, jeśli nie liczyć bulgoczącej rury w starej łazience. W kuchni stoi kilka butelek wina, które kupił za swoją ostatnią wypłatę. Planował imprezę po zdanych egzaminach, ale alkohol mógł mu się teraz przydać dużo bardziej. Mieszkanie było względnie czyste, jako, że najemca odwiedził ich trzy dni temu, by naprawić zapchany zlew w kuchni. Musiał więc posprzątać każdą widoczną przestrzeń, by staruszek nie miał pretekstu to eksmitowania ich na ulicę.
    Wszystko mogłoby wyjść idealnie. Musiał jedynie dobrze rozegrać swoje karty i przestać nerwowo przygryzać wargę. Poczuł nawet cierpki smak krwi z rozciętej skóry. Wyprostował się więc, zbierając na odwagę. Nie miał w końcu nic do stracenia, prawda? Tylko jedną, jedyną szansę by zyskać uwagę najbłyskotliwszego nauczyciela, jakiego kiedykolwiek miał szczęście poznać. Wziął głębszy oddech, porzucając tę myśl. Wiedział, że wszystko mogło się zmienić w ułamku sekundy. Musiał jednak spróbować. -Chodźmy stąd. - powiedział zaskakująco opanowanym tonem i uśmiechnął się w sposób, który był podobno czarujący. W jego wyobrażeniach nie było bowiem sytuacji, w której mężczyzna odmawiał. Musiał wierzyć, że rzeczywistość ten jeden jedyny raz choć trochę będzie przypominać jego oczekiwania.

    [Dziękuję za tak szybki odpis, bardzo to doceniam. Przepraszam, że odzywam się dopiero teraz, ale praca przejęła kontrolę nad moim czasem ostatnio.] Matthias

    OdpowiedzUsuń
  26. Obserwuje, jak zapala papieros od płomienia świecy. Patrzy na kształt jego ust i gani się w myślach za obrazy, które podsuwa mu podświadomość. Nie powinien zapraszać go do mieszkania i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jego zagranie jest tak bardzo cliché , że zastanawia się, w którym momencie Profesor go wyśmieje. Wie, że nie powinien stawiać ich w niezręczym położeniu, czy dwuznacznej sytuacji. Nie jest pewny co nim właściwie kieruje – niezdrowa fascynacja mężczyzną, ciekawość? Nie jest pewien.
    Kiedy nauczyciel przystaje na jego propozycję, uśmiecha się szeroko, nie do końca kontrolując swoją reakcję. Osiąga swój cel, choć przecież w środku nadal trzęsie się z ekscytacji i niepewności. Wszystko to zdaje mu się trochę surrealistyczne. Wsuwa ręce do kieszeni, zastanawiając się nad setką możliwych scenariuszy. Wyrzuca sobie w myślach, że w ogóle złożył mu propozycję. W oczach mężczyzny jest może niewinnym chłopcem, ale on nie jest się w stanie zobaczyć w podobnym świetle. Czuje się za to niedojrzały i knąbrny, być może zbyt pewny siebie. Nie rozumie dlaczego mu się udaje. Spodziewa się, że mężczyzna odmówi, wyśmieje go, rozzłości się.
    Nic takiego jednak nie następuje. Idą w ciemności, co jakiś czas szurając po chodniku butami. Mężczyzna pali w milczeniu, a Matthias nie wypowiada nawet pojedynczego słowa, czując, jak włoski na karku i przedramionach stają mu dęba, bynajmniej nie z powodu zimnego wiatru. Jego oddech staje się płytki, serce wali mu mocno w piersi, zagłuszając myśli. Rozważa, co powinien zrobić i obiecuje sobie, że nie posunie się do niczego głupiego. Musi w końcu pamiętać o granicach zdrowego rozsądku. Dobrze zna argumenty przeciwko zrobieniu czegoś głupiego – mężczyzna jest co prawda sporo młodszy od jego ojca, ale chłopak dobrze wie, jak postrzeganoby jego posunięcie. Najbardziej obawia się jednak tego, że mężczyzna znudzi się jego towarzystwem i uzna go za przedstawiciela dna intelektualnego. Boi się tego bardziej niż odrzucenia z bardziej powierzchownych powodów. Wie, że nie powinien niczego próbować i choć obiecuje sobie w głowie, że dotrzyma słowa, nie jest pewien gdzie dokładnie leży teraz granica jego zachowań.
    -Nikomu nie powiem, jeśli Pan nie powie. - odpowiada, na chwilę patrząc mu w oczy. Odwraca jednak wzrok, czując rosnące podenerwowanie. Za kilka minut będą w jego mieszkaniu. Szuka w kieszeni klucza lodowatymi palcami, próbując znaleźć jakieś mądre słowa w plątaninie setek myśli. - Kieliszek wina ze studentem chyba nie jest nielegalny? - dodaje, uśmiechając się żartobliwie, kiedy skręcają w jego ulicę.

    [ O, dzień dobry! Jak miło Cię widzieć. ] Matthias

    OdpowiedzUsuń
  27. Już zbliżał chustkę do swojej twarzy i miał zamiar przewiązać sobie nią oczy, ale zatrzymał dłonie dokładnie w połowie odległości i przyjrzał się Cesarowi pytająco, jakby kompletnie nie zrozumiał jego pragnienia jakichkolwiek wyjaśnień. Jego własny mózg zwykle funkcjonował po prostu inaczej i działał, nie doszukując się motywacji, jakichkolwiek powodów. Dopiero więc po chwili kontemplacji przystojnego odbicia i ciszy zwrócił uwagę na zaciskające się na stołku dłonie i wyglądało to dla niego tak, jakby mężczyzna w każdej chwili gotów był do zerwania się z miejsca. Cmoknął z dezaprobatą w geście czysto żartobliwym, a następnie uśmiechnął się tajemniczo, ale do złowrogości było jego twarzy daleko.
    – Mam zamiar bezkarnie dotykać twojej twarzy, żeby ją wyrzeźbić. Choć może to rzeźbienie na ślepo to tylko jeden z tych idiotycznych pretekstów – odpowiedział spokojnie. – Nie martw się, co najwyżej cię trochę pobrudzę – uspokoił, kontynuując przerwaną wcześniej czynność i przewiązując sobie oczy. Nagle przestał widzieć, pozbawił się tymczasowo jednego ze zmysłów, więc musiał skupić się na pozostałych. – Nie ugryź mnie tylko, dobrze? – poprosił, unosząc dłonie i odnajdując nos Cesara po chwili wahania co do tego, w którym powinien podążyć kierunku.
    Podobało mu się to, że kiedy dotykał policzków, te zaczynały rysować się w jego głowie i mógł swobodnie przystąpić do pracy nad właściwym formowaniem plastycznego bloku, ale powstrzymał się przed tym jeszcze na chwilę, bo chciał dotknąć ust, którym przecież przyglądał się, kiedy pomiędzy wargami tkwił papieros, a oni siedzieli na jednym z korytarzy. Przesunął więc po nich opuszkami palców, zaznajamiając się z fakturą, z przygryzionym i lekko wilgotnym miejscem. Zbadał palcami linię szczęki, przesunął dłońmi pod uszami, przesunął nimi po włoskach na karku. Wtedy musiał przysunąć się zdecydowanie zbyt mocno, wtedy odczuł elektryzującą bliskość i wtedy też nadszedł moment na przerwanie tej chwili.
    – Bardzo dziękuję, że zdecydowałeś się nie odgryźć mi palca. Przyda mi się jeszcze – wyrzucił wesoło, nie chcąc, aby cisza pomiędzy nimi zgęstniała. Wrócił dłońmi do gliny, żeby zacząć kształtować to, co zapadło jego dłonią w pamięć.

    OdpowiedzUsuń
  28. [Hej. Co powiesz na wątek? ]

    Seth

    OdpowiedzUsuń
  29. [Niezwykle podoba mi się twoja karta. Jest inna niż można by się spodziewać. Seth ma słabe serce. Może Cesar pomoże mu kiedy straci przytomność? ]

    OdpowiedzUsuń
  30. [ Może być poza terenem Akademii. Potem mogą się zdziwić, spotykając się na akademickich korytarzach.
    Nie należę do ludzi, którzy mówią albo piszą takie rzeczy by się przypodobać. Czytałem wiele rzeczy. Czasem lepszych czasem gorszych. Ale jak chce się coś przeczytać po raz drugi i następny, to znak, że warto. Tę kartę przeczytałem już kilka razy.]

    OdpowiedzUsuń
  31. Miał wrażenie, że noc trwała kilka minut. Przyglądał się płaszczowi chmur,który zakrywał nocne niebo. Nie widać było nawet najjaśniejszych gwiazd. Przesuwał pędzlem po płótnie, którego i tak nie dało się już poprawić. Odstawił sztalugę w kąt. Zapach farby był przytłaczający, ale duchota panująca na dworze, nie pozwalała mu zasnąć. Musiał oddać płótno na zaliczenie. Nie rozumiał dlaczego nie miał natchnienia. Wokół było tyle pięknych rzeczy i widoków. Tylu ludzi. Ciekawych ludzi, z niesamowitymi historiami. Ale miał wrażenie, ze nie umie już słuchać. Nie czuł tego wszystkiego.
    Kiedy słońce wzeszło, wziął prysznic i ubrał się. Zrezygnował ze śniadania. Nie miał ochoty ani czasu na jedzenie. Zapakował płótno i wyszedł. Na uczelni był tuż po otwarciu drzwi. Zostawił obraz w sali wykładowej, obok innych. Specjalnie umieścił obraz między innymi, oddanymi wcześniej, by profesor nie uznał, ze każdą pracę oddaje na ostatnią chwilę.
    Chciał odpocząć. Potrzebował się naładować, znaleźć natchnienie. Krążył po mieście, starając się nie zwracać uwagi na upał. Odkręcił butelkę wody, ale to nie wiele pomagało. Obmacał kieszenie, w poszukiwaniu niedużego pudełeczka. Nie wyczuwał go. Upuścił butelkę. Poczuł jej jego serce zaczyna przyspieszać. Uderzenia zaczynały stawać nie nieregularne, aż w końcu, obraz przed oczami zaczął stawać się niewyraźny, zasłonięty czarnymi plamami. Znalazł je w końcu, ale upadł nim zdążył je otworzyć.
    Kiedy uchylił powieki, zauważył nad sobą mężczyznę, o spiętej twarzy i spokojnych oczach. Nie był pewien skąd zna twarz tego człowieka.
    - To nic. - skłamał. - Podaj mi tabletkę z pudełeczka.

    OdpowiedzUsuń
  32. Zatrzymał się, słysząc prośbę Traverta, choć dłonie rwały się do kształtowania w glinie ust, tych ciepłych, przyjemnych ust, które zapragnął odszukać swoimi. Powstrzymał się jednak i trwał przez chwilę w całkowitej ciszy i bezruchu, żeby następnie odwrócić się całym swoim ciałem w stronę Cesara i opuścić materiał, którym miał przewiązane oczy. Chustka zawisnęła miękko na jego szyi, a on sam westchnął, stykając się z mężczyzną kolanami.
    Przyjrzał się twarzy, która wydawała się być zmartwiona i wręcz nieproporcjonalna do odniesionej przed chwilą straty.
    – Czy nieobecność Erica, nawet jeśli chwilowa, nie powinna być dla ciebie chwilą wytchnienia? – zapytał, marszcząc subtelnie brwi, a następnie sięgając dłonią do brody mężczyzny, którą ujął pomiędzy dwa palce, zmuszając go tym samym do uniesienia głowy. Nawiązał z Cesarem upragniony kontakt wzrokowy, przy okazji brudząc nieznacznie swojego towarzysza. Pominął to, nawet nie zwrócił na to uwagę, ponieważ dla niego podobne zabrudzenia były częścią skóry i niemalże się zlewały z pojedynczymi, malutkimi komórkami. – Przestań wyglądać na zmartwionego. Jemu się nic nie stanie, a ty przecież zdawałeś się z trudem znosić tę obecność – wypowiedział łagodnym tonem, a następnie przeniósł dłoń na zarośnięty, męski policzek i uśmiechnął się w sposób delikatnie zmęczony, choć nijak nie chciał swojego braku energii okazywać. Uśmiechnął się szerzej, kiedy zauważył czerwonawe smugi gliny. Miał ją na palcach, a teraz ta znalazła się na obliczu Traverta, dodając mu nieskończenie wiele uroku. – Do twarzy ci w ten sposób – powiedział wesoło, chcąc rozegnać wszystkie myśli, które spowodowały, że powietrze stało się cięższe i utrudniało oddychanie, zamiast je umożliwiać.
    Chustka powróciła na jego oczy, a on sam pozwolił sobie na nowo podjąć przerwaną pracę. Glina wprawdzie nie zasychała tak szybko, ale nie mógł sobie pozwolić na zbyt długie przerwy.
    – Opowiedz mi coś o sobie, Cesarze – poprosił, ponieważ obawiał się ciszy, która mogła pomiędzy nimi nastać.

    OdpowiedzUsuń
  33. [ Dobry wieczór. Przepraszam za brak odpisu, ale korpo pożera mi życie. Obiecuję dzisiaj odpowiedzieć, trochę się tylko prześpię.
    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  34. Jego dotyk rozstroił go na tyle, że pojedyncza fałszywa nuta wkradła się do jego pasażu. Przez moment miał wrażenie, jakby prąd przeszywał mu nie tyle ciało, co myśli. Kontynuował jednak grę, bojąc się, że chwila zniknie kiedy tylko oderwie palce od klawiatury. Te jednak zaczęły się powoli plątać w miarę, jak dłoń mężczyzny przesunęła się na jego kark. Wstrzymał oddech, czując, że inaczej nie pohamuje westchnienia, zdradzi się w zbyt oczywisty i wulgarny sposób, psując wszystko, każde wypowiedziane słowo, każdy uważny ruch. Powoli wypuścił powietrze, próbując opanować wewnętrzne drżenie wywołane przez ciarki, drapiące go pod skórą, szarpiące mu bezlitośnie kręgosłup, palące go w czubki palców, szyję i policzki. Zaczął mieć wrażenie, jakby ciepło jego skóry przepalało materiał swetra w miejscach, gdzie dotykał go mężczyzna.
    Całe jego podenerwowanie zniknęło, jakby wypalone przez ogień w jego myślach. Niedyskretne obrazy, czy pragnienia nie były już tylko zakopaną głęboko w podświadomości tajemnicą. Wypłynęły na sam wierzch jego umysłu jedynie potęgując wrażenie elektryzującego dotyku. Rozchylił nieświadomie wargi, wypuszczając spomiędzy nich powietrze, niemal niezdolny do kontynuowania gry w miarę, jak ręka mężczyzny wędrowała w dół jego kręgów, niespiesznie, jeden za drugim. Jedyne czego teraz pragnął to poczuć te palce na nagiej skórze, delikatnie i mocno, na każdym jej milimetrze tak, by zostawiły na nim swój ślad i by nie mógł o nich zapomnieć przez kilka następnych dni.
    Lata ćwiczeń i nauki panowania nad tremą zniknęły gdzieś nagle i nie był nawet pewien, czy pamięta, jak się nazywa. Czuł się głupim, niedojrzałym dzieciakiem i z jednej strony chciał wyrzucić swoje pragnienia z głowy, zatrzeć je zdrowym rozsądkiem, a z drugiej, chciał zwyczajnie po nie sięgnąć, zaryzykować.
    Kiedy mężczyzna się odsunął, poczuł, jakby to wszystko wydarzyło się jedynie w jego głowie. Przerwał grę i wsłuchał się w ciszę, zbyt niepewny, by pozwolić sobie na sprawdzenie, czy mężczyzna nadal za nim stoi. Serce zabiło mu mocniej, kiedy usłyszał drugą parę płuc usilnie walczącą o tlen w dusznym powietrzu starej kamienicy. Sięgnął po swój kieliszek i wypił ostatni łyk wina. Zaciskał palce tak mocno, że zbielała mu skóra. Przestraszył się, że szkło potrzaska się pod jego dotykiem. Ten jednak musiał być delikatniejszy niż się spodziewał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wstał ze stołka i odwrócił się w stronę Profesora. Odległość między nimi była zdecydowanie zbyt mała na dwuznaczność. Pomyślał, że mężczyzna na pewno się odsunie, kiedy tylko opuści go zaskoczenie. Nie mógł mu na to pozwolić. Czuł, jakby między ich ciałami przebiegały malutkie ładunki elektryczne. Mógł się odsunąć, zrzucić wszystko na alkohol i jego życie wróciłoby do względnej normy. Skupiłby się na muzyce, pracy, egzaminach. Wiedział jednak, że za każdym razem, gdy czytałby dobrą książkę, myślałby o mężczyźnie. Nie odsunął się więc. Zamiast tego zrobił kolejny krok w jego stronę, zmniejszając odległość między nimi do nieznośnie bliskiej. Nauczyciel był od niego nieco wyższy. Odetchnął po raz ostatni, czując jego zapach. Miał pełną świadomość tego, że jego pozorna niewinność, pozorny pretekst, by zaprosić mężczyznę do siebie, przestały mieć teraz znaczenie. Wiedział też, że mężczyzna był tego świadomy od samego początku. Obaj byli tu z jednego powodu.
      Nie uśmiechał się już. Jego rysy były śmiertelnie poważne, źrenice rozszerzone do granic możliwości, próbujące złapać resztki światła w pomieszczeniu. Patrzył mężczyźnie w oczy, czując, że serce wali mu tak mocno, jakby miało za chwilę potrzaskać mu żebra. Uniósł dłoń i dotknął materiału jego swetra, przez krótką chwilę niepewnie, jakby sprawdzał, czy to wszystko rzeczywiście jest realne. Poczuł jednak, że mężczyzna się odsuwa. Nie chciał słuchać jego wymówek. Nie chciał znać powodów, dla których jego zachowanie było niewłaściwe. Zacisnął palce na miękkim materiale, przyciągając go do siebie zdecydowanym ruchem i nie pozwalając odejść. Nie spuszczał z niego wzroku. Uniósł się lekko na palcach, niezdolny do zmniejszenia dystansu w inny sposób i pocałował go, po raz pierwszy tego wieczoru zamykając oczy.

      Matthias

      Dzień dobry. Miłego piątku, my dear!

      Usuń