24 sierpnia 2014

Drive like a demon from station to station


Salvatore Fierro
Milano | 20 lat | II rok aktorstwa | biseksualny

Cara mia wyobraź sobie, że rodzice Salvatore byli z krwi włochami, a przynajmniej jego ojciec był. Ale nikt nie wie nic o jego ojcu, po za tym, że miał na imię Fredo. Za to matka Salvatore, była proszę ciebie, modelką, a potem rozwódką (aż trzy razy) i miała na imię Allegra. Jej matka, z kolei była francuską i kiedy zmarła, przekazała wnukowi mieszkanie w Paryżu (tyle było w niej dobrego). A on, mówiąc szczerze nie posiadł w swoim życiu zbyt wielu zacnych zdolności, po za tą jedyną - udawaniem, że ma je wszystkie. Tak mu było dużo łatwiej. 
Salvatore najbardziej na świecie kocha swoją matkę - to trzeba ci wiedzieć. Kocha też innych, ale bardziej kocha samego siebie. Jest towarzyski, lew salonowy. Jest też leniwy, uwielbia plotki, intrygi i spiski. Lubi gotować i mieszać drinki. Lubi też rozbijać się po mieście swoją Corvettą (jeśli zobaczysz, że jedzie po pijaku zadzwoń na policję, koniecznie). Jego francuski jest pełen włoskiego zaciągania i błędów w koniugacji, ale jest coraz lepiej.
Ma dwie rybki - Donatellę i Gianniego. W jego mieszkaniu zawsze ktoś nocuje, nienawidzi być sam. Dużo się uśmiecha, chociaż od palenia żółkną mu zęby. Za dużo myśli, za mało robi. Lubi ładnie się ubierać i nienawidzi sprzątać. Jest otwarty na wszelkie możliwe eksperymenty, nie w jego zwyczaju jest odmowa. Ma gorącą głowę, siedemnaście par butów i masę czasu do zmarnowania. 
__________________________________
Witam się z Salvatore; Ben Eidem David Bowie. Zapraszam serdecznie :)

19 sierpnia 2014

Life is in your head


Ida Jansone
24.05.1994, Windawa
II rok, wydział muzyczny, fortepian

zbyt piegowata twarz, za małe oczy, brzydki nos, zbyt wąskie usta, rude włosy, za duży biust, za gruby tyłek, jakiś chyba nawet celulit, wielkie stopy, zbyt delikatna skóra, za mało talentu, brak inteligencji, zero charyzmy, żaden charakter, leń, leń, leń! i kurdupel
To powiedziałaby o sobie panna Ida, gdyby ktoś kiedyś w ogóle zapytał ją o zdanie.


Prawda wygląda tak, że Ida nie lubi blondynek. Ta awersja nie wzięła się bynajmniej z powietrza. Wszakże każdy facet, z którym jak do tej pory zdarzyło jej się związać, zostawił ją dla płaskiej niczym deska do prasowania blondynki.
(Właściwie to były tylko dwa przypadki, ale jednak dają 100%)
Więc Ida nie lubi już ani bab, ani facetów. Ale blondynki to największa zaraza.

Prawda jest taka, że kiedy Ida zakładała konto we francuskim banku, miła pani spytała: czy Łotwa jest w Europie?
Nie, skąd ten pomysł... Przecież wiadomo że to jeden z regionów Australii. 

Prawda jest taka, że niezależnie od tego, jak wcześnie przyjdziesz na uczelnię, żeby poćwiczyć, w sali z najlepszym fortepianem będzie już Ida. Niezależnie od tego, jak późno chcesz opuścić uczelnię, Ida będzie jeszcze ćwiczyć. Jak ona to robi? Któż to wie!

Tytan pracy z niezamożnej łotewskiej rodziny. Uparta, odgrywająca twardą i niezależną, potrafi wyć w poduszkę godzinami, kiedy nikt nie patrzy. Woli mówić po angielsku niż po francusku. Do Paryża przywiodła ją chęć uczenia się u konkretnego profesora (do którego chodzi na prywatne lekcje). Chciałaby jeszcze studiować dyrygenturę, ale forsy brak. Mieszka w ciasnej klitce w piwnicy starego budynku w trzynastej dzielnicy, akademik uczelni jest zdecydowanie nie na jej kieszeń. Na uczelnię chodzi pieszo, bo nie ma na bilet. Czasami jeździ autobusami na gapę. Daje lekcje, żeby się utrzymać, ale nie za dużo, bo musi ćwiczyć. Ma jakieś żałośnie niskie stypendium i socjalną dopłatę do "mieszkania". Jeszcze się nie ogarnęła po ostatnim rozstaniu (był wysoki, diablo inteligentny, grał na fortepianie jak szatan, to nic że 20 lat starszy), więc gapi się często w ekran swojego budżetowego smartfona, sprawdzając JEGO aktywność na messengerze, jakby to miało pomóc. Legenda głosi, że na nauczenie się wariacji na temat Paganiniego Brahmsa potrzebowała tygodnia, na jakąkwiek etiudę Chopina wystarczą jej trzy dni. Odpadła już w pierwszym etapie przesłuchań do CNSMu.
Kocha Brahmsa, Ravela i Bartoka. Modli się do Clary Haskil i Rosy Tamarkiny (przynajmniej żadna z nich nie była blondynką!), do Oborina, Koczalskiego, Bermana, Zaka, Friedmana i innych pianistów złotej epoki.
Każdego dnia przeklina swojego starszego braciszka, oczko w głowie rodziców, który, narobiwszy długów, popełnił samobójstwo.

Żałuje, że jej "marne" 170 cm wzrostu nie pozwala na wszystko i wszystkich patrzeć z góry. Czasami zachwyca się swoją figurą klepsydry i długimi nogami, żeby zaraz potem znów nienawidzić tego beznadziejnego, tłustego cielska. Zakompleksiona i samotna, trochę zaborcza, trochę cyniczna, zbyt zgorzkniała.



[Eksperyment! Zobaczymy, czy potrafię prowadzić żeńską postać :)]

Życie jako forma spędzania czasu przestało mnie interesować.


Cesar Travert, trzydziestoośmioletni profesor na wydziale pisarstwa:
warsztaty literackie, proza, poetyka;
właściciel owczarka francuskiego i śmiesznie niewielkiej kawalerki

Z zeszytu numer trzy (2002-2003):
12 marca, 2002
Próbuję dokończyć drugi rozdział książki, ale idzie mi marnie. Wykańczam się w poszukiwaniu odpowiedniej motywacji dla Erica, który wydaje się być postacią zbyt barwną na tę opowieść. Kiedy w końcu udaje mi się sklecić parę zdań, ląduje w łóżku i resztę dnia spędzam na paleniu papierosów i wpatrywaniu się w sufit. Piję kawę w niepokojących ilościach, a kofeina pobudza mnie do tego stopnia, że nocami nie mogę spać. Mam podkrążone oczy i biję się z myślami, ilekroć widzę przed sobą tego skurwysyna. Czy ja oszalałem?

15 marca, 2002
Eric jest zbyt wyraźny. Widzę go stojącego naprzeciwko mnie. Słyszę jego słowa. Czuję zapach. Mogę go dotknąć. Wpatruje się we mnie ze złośliwym uśmiechem na twarzy, zadowolony stanem rzeczy. To wszystko jest w mojej głowie. To wszystko jest w mojej głowie. To wszystko jest w mojej głowie. Chore myśli. Chory umysł. Chora fantazja. Nie daj się opętać, Cesar. Musisz być, kurwa, silny. Wiem, że on nie ma racji bytu, że to istota przeze mnie wymyślona, że jedyne miejsce, w którym rzeczywiście istnieje to kartki wciąż niedokończonej książki.

27 marca, 2002
Pozwoliłem mu wygrać i teraz jestem tutaj. Sufit jest biały i ściany są białe, i podłogi są białe. Ja też jestem biały od wszystkich leków, którymi mnie faszerują. Nie wiem, co dostaję, ale z pewnością mi to nie pomaga. Mówią, że nie mam schizofrenii, że to psychoza. Przekazali mi to z uśmiechami na twarzach, zupełnie jakby to była dobra wiadomość. Eric tutaj jest. Mówi, że zostanie na dłużej, bo jestem zabawnym gościem. Nie chcę być zabawnym gościem w jego mniemaniu. W ogóle nie chcę, żeby miał jakiekolwiek mniemanie. Skończyłem rozdział trzeci.

5 kwietnia, 2002
Dwudzieste szóste urodziny spędzam na oddziale zamkniętych. Sto, kurwa, lat. Świętuję z Ericem, który mówi mi, co mam pisać w rozdziale piątym. Słucham go, bo ma dobre pomysły. Psychiatra próbuje dociec, dlaczego widuję akurat tę postać, pyta z kim ją utożsamiam i jakie ma dla mnie znaczenie. Odpowiadam wprost, że Eric był zawsze Ericem i pewnej nocy po prostu mi się przyśnił, więc postanowiłem napisać o nim książkę. Pyta mnie o czym ona jest, ale milczę. Nie mam ochoty rozmawiać z innymi pacjentami, unikam terapii grupowej i chcę stąd wyjść. Jestem gotowy do wypisu.

17 kwietnia, 2002
Wychodzę. Jestem wolnym człowiekiem z zewnątrz, choć moje wnętrze należy do Erica. Nienawidzę go. Nigdy nie pałałem do nikogo nienawiścią i teraz, kiedy ta wypełnia mnie po brzegi zupełnie nie wiem, jak sobie z nią radzić. Liczę, że zniknie wraz z ukazaniem się książki na półkach. Jest prawie skończona i robię ostatnie poprawki. Nie ma nawet trzystu stron, ale chcę oddać ją wydawcy jak najszybciej, bo może tym samym uda mi się wyrzucić z siebie Erica. Testuje mnie na każdym kroku. Czego chcesz, skurwysynu? Masz już mój umysł, czego Ci więcej trzeba?

23 kwietnia, 2002
Nie chcę mieć nic wspólnego z procesem wydawniczym. Zaznaczyłem to od razu, oddając „Króla Erica”. Obiecałem podpisać wszystkie potrzebne dokumenty.


30 kwietnia 2002
Nadzieja na pozbycie się Erica zniknęła dziś, kiedy po powrocie z zakupów, zobaczyłem go na swoim łóżku. Pieprzę go. Pieprzę każdą komórkę jego wyimaginowanego ciała. Chcę zostać sam. Zniknij. Odjedź. Zgnij. Umrzyj. Rozpadnij się. Byleby się Ciebie nie było. I nie śmiej się ze mnie, skurwysynu, przestań rżeć.

Z zeszytu numer sześć (2008-2009):

14 lipca 2008
Mieszkanie jest brudne. Naczynia leżą nieumyte od trzech dni. Na ziemi jest mnóstwo cuchnących ubrań. Śmieci wystają z worków. Pośrodku tego wszystkiego ja: najbardziej niemożliwy do uporządkowania. Eric śmieje się z moich porównań i uważa, że powinienem pisać nekrologi. Może to jakaś myśl. Zacznę od swojego.

20 lipca 2008
Zakupy dostarczają mi do mieszkania. Młody mężczyzna uśmiecha się do mnie zalotnie i wprasza się na herbatę, którą sam musi przygotować, umywszy najpierw kubki. Wydaje się być niezrażony bałaganem. Eric natomiast zrażony jest faktem, że spędzam czas z kimś innym. Podoba mi się jego zazdrość.

30 sierpnia 2008
Wychodzę z domu po raz pierwszy od prawie roku. Dimitri trzyma moją dłoń i nie pozwala mi myśleć o Ericu. Kiedy ten szepce mi do ucha, mężczyzna zaczyna całować mnie po szyi i to diabelskie nasienie znika na kilka sekund. Idziemy do teatru i pijemy drogiego szampana. Spektakl jest beznadziejny, ale alkohol wyśmienity i to na nim skupiam swoją uwagę. Musisz więcej żyć, mówi do mnie mój ukochany, lokując się na moich kolanach.

4 września 2008
Mam gorszy dzień i Dimitri wychodzi. Zostaję ja, zostaje Eric i jego grubiańskie żarty na temat naszej śmiesznej miłości. Upijam się wódką i zasypiam nago na kuchennym stole, wcześniej gasząc papierosy na własnych przedramionach.

17 września 2008
Odchodzi, bo jestem walniętym psycholem.

18 września 2008
Wróć do mnie. Wróć do mnie. Wróć do mnie.
Ależ jestem tutaj, mówi Eric i głaszcze mnie po policzku rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem.

24 grudnia 2008
Dimitri jest w szpitalu. Siedzę przy jego łóżku i ściskam ciepłą dłoń. Odciągają mnie od niego, gdy aparatura zaczyna wydawać niepokojące dźwięki. Eric mówi, że to wszystko moja wina. Gdyby mnie nie spotkał, nigdy nie rzuciłby się pod samochód. Przyznaję mu rację, a potem umieram sam w sobie, zamknięty pomiędzy środkami czystości i miotłami.

2 stycznia 2009
Co się dzieje z duszą, kiedy jedna jej połowa zostaje zakopana pod ziemią w drewnianym pudle?

11 stycznia 2009
Moja żałoba przekształca się w jednowyrazową mantrę: wróć. W odwecie dostaję tylko szyderczy śmiech Erica. Ma zupełną rację. Jestem żałosną imitacją człowieka.

Z zeszytu numer osiem (2012-2013):
2 czerwca, 2013
Nazwałem psa Brutus i zastanawiam się czy to ironia, czy może już autoagresja.

31 sierpnia, 2013
Trzęsą mi się dłonie, kiedy sięgam po papierosa i nie wiem czy to kwestia trzech wypitych kaw, czy Erica szepcącego mi do ucha. Wszystkie moje rany są zabliźnione i nie mogę się na nie napatrzyć. Po wszystkim, co ze sobą zrobiłem zostają mi tylko blade ślady. Psychiatra poprosił mnie o napisanie listu do matki, ale nie wiem, co miałoby się tam znaleźć. „Cześć, mamo. To ja, Twój syn, nie odzywałem się od pięciu lat, próbowałem się zabić i znów jestem w szpitalu. W umieraniu jestem najwyraźniej równie kiepski, co w życiu. Pozdrawiam”? Wolę schować się pod łóżkiem i udawać, że nie istnieję.

13 września, 2013
Na zajęciach grupowych opowiadałem o Ericu. Mówiłem o czterech książkach, które znała większa część pacjentów. O tym, że mnie prześladuje. Że teraz opiera się o moje nogi i dotyka stóp. Przemilczałem jego seksualne zachcianki. Za dwa tygodnie mnie wypiszą. Nie wiem, co ze sobą zrobię. Wiem, że nie mogę wrócić do Strasburga. Czy mogę wytępić zło ze swojej głowy i wypielić Erica jak chwast? Powróci. Skurwysyny zawsze powracają.

28 września, 2013
Paryż. Co ja tutaj robię?
Zwymiotowałem na podłogę w nowym mieszkaniu i nie mam siły podnieść się z ziemi. Leżę na dywanie, łykam tabletki nasenne jak cukierki i długopis powoli ciąży mi w dłoni. Eric głaszcze mnie po głowie i mówi, że tej nocy będzie spokojnie. Nie wierzę mu.

Z zeszytu numer dziewięć (2014- ):

31 marca 2014
Ja, Brutus i Eric przenosimy się do innej dzielnicy. Nasze nowe mieszkanie jest małe, ale ma dużo okien i miejsce na maszynę do pisania. Mój cholerny omam robi mi dobrze ustami, a ja próbuję spać wtulony w psią sierść.
Jutro pierwszy dzień pracy. Chwała edukacji, na litość boską.

Nie sądziłam, że tak się rozpiszę.
Bóg Fassbender.
Przybora.

– Jestem potencjalnym samobójcą z miłości przez utopienie.

– Utopmy się razem. Chodź.
– Pędzę.

Yves Favre, 35 lat, pan, który radośnie przynosi zadania dla uczniów do pracowni rzeźbiarskiej, zezwala na użycie palnika acetylenowego w celach czysto artystycznych i ciągle zapomina o tym, że powinien umyć ręce, zanim podrapie się po nosie

Mam niestwierdzoną nadpobudliwość, grubego kota i znoszę złom do swojego mieszkania. Ja jestem nieprzystosowany do życia, bo chcę, bo co mi tam. I jestem trochę jak dzieciak. Zacinam się przy goleniu, cieszę się, kiedy widzę sznurki od kolorowych balonów w pobrudzonych czekoladą dłoniach małych ludzi i odczuwam smutek na myśl, że dziwki są zbyt tanie. Mam w głowie chaos, mam za dużo pomysłów, a robię z tym wszystko lub nic przez niechęć do półśrodków. Wiem, że czasami dobrze jest pomyśleć o podłodze jako dziele sztuki i zapoznać się z jej powierzchnią. 
Mam otwartą głowę, ramiona i się przez to duszę. Ile razy można oszaleć, połamać sobie nogi, biegnąc za kimś, żeby nauczyć się względnej poprawności? Choć wiem doskonale, że zakleję się gliną, której plamy mam na fartuchu w pracowni, to i tak któregoś dnia skoczę do wody, żeby utonąć albo wyłonić się i nazwać siebie samego skończonym kretynem. Jestem nim w istocie i dobrze, bo posiadam dzięki temu stanu rzeczy lekką czaszkę, przejrzysty umysł i niewyczerpane pokłady wiary w człowieka. 
Mam pobite talerze, nieumyte kubki od kawy, a w zamrażalce jest tylko groszek, na który jestem uczulony. Tłukę naczynia, gdy nie mogę doprowadzić się czasami do porządku i później nie stać mnie, żeby kupić nową zastawę albo po prostu o tym zapominam. Rzadko bywam w domu, bo potrzebuję ruchu, ludzi i każdej osobie, która zechce we mnie zmiany, powiem, żeby poszła się jebać.

Żulczyk i McAvoy.
Witam z panem, który zajmuje się rzeźbami.

17 sierpnia 2014

We li­ve, as we dream – alo­ne.


[1] [2]




Mickaël Fritz Lacroix

| Zwyczajnie Mike | 22 lata | II rok | Fotografia oraz malarstwo i rzeźba |
| Własne mieszkanie, które zajmuje z współlokatorem |
| Właściciel kota, Loka |
Samotnik z wyboru | Cham z przymusu | Palacz z przyzwyczajenia |










Pół Francuz, pół Niemiec, usilnie stara się pozbyć niemieckiego akcentu, a nabyć ten francuski. Niestety, używa za często znienawidzonego języka. Zauroczony Francją, próbujący pozostać tu na stałe. Przestał snuć plany na przyszłość, które wybiegają nawet rok w przód. Nauczył się żyć chwilą i uciekać przed przeszłością. Mistrz w popełnianiu głupich błędów, odsłanianiu emocji przed niewłaściwymi osobami, przeklinaniu w niewłaściwych miejscach. Uzależniony od papierosów, wielbiciel mocnej kawy oraz dobrych alkoholi. Zawsze zimne dłonie, drżące, kiedy nie zapali. Drażliwy, uśmiechnięty, nerwowy, przyjazny i wręcz impulsywny, szybko zmienia się jego nastawienie. Stała jest jedynie nieufność, w większym bądź mniejszym stopniu. Od szesnastego roku życia, buduje wokół siebie mur już prawie nie do przebicia. Podtrzymuje opinie chama, palacza i samotnika. Gdzieś tam, jednak wewnątrz czeka na coś, a sam nie jest wstanie określić na co. Przejawia duże umiejętności artystyczne, odkąd skończył siedemnaście lat, niechętnie rozstaje się z aparatem. Zdjęcia to jego własne spojrzenie na świat, pozwalające postronnemu spojrzeć na otoczenie jego oczami. Od dawna szkicuje i jest w tym coraz lepszy, często w szkicowniku uwiecznia osoby mu nieco bliższe.
____________________
Taki Mike
Średnia KP, kiedyś poprawię.
FC: David Prat
Zapraszam do wątków i powiązań
poszukiwany współlokator

Que vous étiez censé être.

Matthias de Wachter  
22 lata Antwerpia → Sztokholm → Paryż Those were the kind of eyes you could get lost in. And I guess I did. Drugi rok rzuć wszystko i chodź się całować Muzyczny klasa fortepianu The Queen is dead. Long live the King.
Pół-Belg, pół-Szwed, usilnie próbujący pozbyć się rodzimego akcentu. Zbyt miły, by udawać Francuza. Marzy mu się samodzielne mieszkanie, ale paryskie ceny skutecznie go odstraszają. Jeśli tuż po studiach nie znajdzie angażu, planuje przez kilka lat znowu pomieszkać w Szwecji, choćby po to, by sprawdzić, czy miejsca z dzieciństwa naprawdę są dużo lepsze od jego obecnej rzeczywistości. Często waha się pomiędzy stanem zupełnej obojętności i jego przeciwieństwem, o którym woli nie rozmawiać. Nadal szuka swojego miejsca, uziemiony w najbardziej rozczarowującym mieście Europy. Boi się starości, nie pija herbaty, lubi cudze usta, rzucił palenie (z grubsza) i kupuje za dużo wyświechtanych książek i gratów w pobliskim antykwariacie. Nie ma już na nie miejsca na szafce, więc ustawia je gdzie popadnie, doprowadzając współlokatorów do szału. Jedyne czego pragnie to nie skończyć w restauracji na przygrywaniu komuś do kotleta.

marznę bez ciebie

Maureen Mo Hawkins
dwadzieścia lat, Leeds, mieszka ze staruszką (i chłopakiem)
drugi rok, malarstwo i rzeźba, wszystko dla Francuza
sprzedaje ręcznie robioną biżuterię i pomaga w antykwariacie
chciałaby być pingwinem ilustrować książki dla dzieci

Siedem lat w Leeds, dwa w Sztokholmie (tata znalazł pracę), potem cztery w Brighton (tata znalazł inną pracę) i dwa na obrzeżach Londynu (tata dobrze poszukał i znalazł stuprocentowo przewspaniałą pracę); później wakacje w Paryżu z ciotką Marnie, znowu Leeds, Paryż, Leeds, Paryż, Leeds, Paryż. Ma metr pięćdziesiąt trzy, wystające żebra, piegi (wszędzie) i włosy (nie wszędzie) aż po pas. Nosi kolczyki z Małą Mi albo Fridą Kahlo, za duże swetry, koszulki swojego chłopaka i śmieszne spódnice w kwiatki. Zostawia notatki na lodówce i na biurku, pisze listy (takie perfumowane), ważne rzeczy spisuje na zewnętrznej stronie lewej dłoni; brat mówi, że jest strasznie staromodna, model telefonu też ma z kategorii tych, które psują raczej kafelki, a nie obudowę (ale lubi internetowy slang i gify z kotami). Krąży między książkami a sztalugami, ma tomiki poezji i zbiory renesansowych dzieł, koszulę upapraną farbą i głowę pełną pomysłów na dziecięce opowieści. Wszędzie nosi ze sobą kieszonkowe wydanie Opowiadań z Doliny Muminków, które znalazła kiedyś w namiocie z tanimi książkami, i paczkę truskawkowych Maoam.

Jezus, Maria Peszek.
Faworyzuję Jo.

16 sierpnia 2014

sad but fab

JOSEPH COUPE
lat dwadzieścia i pół
wydział pisarski
pisze wiersze o miłości i bólu zębów

Najlepiej określają go słowa płynie z prądem. Nie potrafi się zatrzymać nigdzie na dłużej, brnie do przodu, znajdując w tym swoją stabilizację i dziwny spokój. Nie potrafi albo nie chce. Nauczył się, że kiedy człowiek się zatrzymuje, to wszyscy zaczynają go wyprzedzać i rozpychać się łokciami, a potem budzi się w dziwnym miejscu w czasie, nie rozumiejąc co się wokół niego dzieje. Kiedyś wyznał komuś miłość i jadł landrynki na Wieży Eiffla, ale kiedy próbuje dokładnie odtworzyć to w głowie, czuje tylko smak truskawek. Cierpi na bezsenność i wlewa w siebie przerażające, głównie jego matkę, ilości kawy i energetyków, pisze białe wiersze bez większego sensu, za to z głębią Rowu Mariańskiego, a jego śmiech przypomina odgłosy wydawane przez jakąś opóźnioną hienę. Jego zegar chodzi do tyłu, robi tik tak do rytmu sznurówek obijających się o chodnik, bo Joseph jest zbyt leniwy, by je wiązać, po prostu wciska do środka buta, a one wyskakują w nieodpowiednich momentach. Artysta nie musi martwić się o takie rzeczy.
Gorzej, kiedy o czwartej rano lodówka informuje cię, że nawet ser wyszedł bez pożegnania, choćby cichego au revoir.
skarpetki rządzą

Жизнь слишком коротка, чтобы тратить ее на диеты, жадных мужчин и плохое настроение.


ZARINA SIODOROVA
32-LETNIA NAUCZYCIELKA NA WYDZIALE FILMOWYM
Zarina to przerośnięte dziecko z kawalerką na ostatnim piętrze, wiecznie uświnioną kuchnią, ogromnym akwarium z mnóstwem rybek i książkami walającymi się po podłodze. Ma też dwa komputery stacjonarne i trzy laptopy, Bóg wie na co jej tyle, ale miłości nie wytłumaczysz. Siodorova miała tańczyć balet, skończyła jako jeden z najlepszych montażystów filmowych w Europie. Czasem tęskni za Moskwą, aczkolwiek nie na tyle, żeby znów tam wrócić. Paryż śmiało uważa za swój prawdziwy dom i nie ma zamiaru go opuszczać. Pije za dużo kaw, za mało śpi, lata jak z piórkiem w dupie i krztusi się od śmiechu. Ze studentami trzyma sztamę, czasami przymyka oko na lewe zwolnienia z lekcji i szczerze powiedziawszy, to całkiem spoko z niej babka.

witamy się ładnie i zapraszamy do wszelakich wątków
fc: Tatiana Maslany (c)

Kiss me down by the broken tree house, swing me upon its hanging tire...



http://38.media.tumblr.com/089ac3e0d036f1d387f1b06d01e7e5e0/tumblr_n9chkb5Fpo1rq5h24o1_500.jpg
Caden Williams
17 LISTOPADA 1984 | PARYŻ | PAN OD MUZYKI 

             Nie taką karierę dla swego pierworodnego planowali państwo Williams, układając go do snu każdej nocy, gdy był jeszcze niemowlęciem. Nie o tym marzyli, kołysząc malca w pięknej, ręcznie rzeźbionej kołysce wyścielonej najdelikatniejszymi materiałami. Nie to planowali, wysyłając młodego Cadena do najlepszych prywatnych szkół we Francji. Nie to chcieli osiągnąć, spełniając każdą, nawet najbardziej zwariowaną z jego młodzieńczych zachcianek. I właśnie tak im się odpłacił. Zamiast zostać szanowanym prawnikiem - jak ojciec, genialnym lekarzem - jak matka, czy choćby rekinem biznesu – po dziadku, Caden wolał poświęcić swoją przyszłość dla kształtowania młodych talentów. Chciał być tą osobą, która odnajdzie owe nieoszlifowane diamenty i pozwoli im zabłysnąć.
                On sam zdążył wiele osiągnąć w ciągu swego nie takiego znowu długiego życia. Mówiono o nim „człowiek orkiestra”, bo potrafił zagrać niemalże na każdym instrumencie, choć szczególnie upodobał sobie anielskie dźwięki fortepianu i to zazwyczaj za klawiaturą tego instrumentu można go spotkać. Niezły z niego tekściarz i kompozytor – kilka z jego utworów doczekało się nawet własnej aranżacji kilku znanych osobistości, ale kto by się tym chwalił. Caden rzadko się przechwala. Wychodzi z założenia, że aby zdobyć uznanie trzeba sobie na nie zapracować i czekać na to by ktoś zauważył owe starania.
_________________________________________________
lubię wątki, za dramaty będę całować po rękach i wolę zaczynać.
średniej długości, maj dir.

Chłopak z sąsiedztwa


Benedikt Andersson
25 | III rok | wydział muzyczny

Być może ktoś z Was widział już jego symetryczną i delikatną, dziewczęcą niemal buźkę, patrzącą wymownie z plakatu tej czy innej znanej marki. Być może jego chuda i wysoka sylwetka znana jest Ci z wybiegu, bo całkiem niedawno temu chodził dla najsłynniejszych projektantów. Być może ktoś z Was podziwiał zdjęcia z kampanii z jego udziałem.
A może całkiem ominął Was kilkuletni okres, w którym Ben zajmował się modelingiem, bo ten "fascynujący" świat obchodzi Was tyle, co zeszłoroczny śnieg (którego ostatniej zimy z resztą nie było nawet w Paryżu). I słusznie.
Bo i Bena to nie rajcuje.

Patrząc na niego, możesz sobie pomyśleć, że z pewnością musi być narcystycznym i nieprzystępnym lalusiem, ale życie powinno Cię już dawno temu nauczyć, że pierwsze wrażenie bywa mylące.
Kilka lat w modelingu nie pozostało bez wpływu na sposób bycia (a raczej: wyglądania) Benedikta. Nie czarujmy się, po prostu lubi wyglądać dobrze.

Przede wszystkim jest jednak miłym chłopcem. Typowy z niego Szwed: bezkonfliktowy i przyjazny. Raczej uśmiechnięty, raczej pogodny, raczej optymista.
W każdym razie taki będzie Ci się wydawał w pierwszej chwili ten cichy i spokojny mieszkaniec apartamentu nieopodal Pont de l'Alma, stały bywalec bibliotek i wariat, który poświęcił jedno marzenie na rzecz innego.

but I’ll be hood forever

Pascal Mailloux
Widzisz na tej ścianie nagiego mężczyznę, który zjada drzewa i wydala szare blokowiska? Albo Vincenta Vegę i Julsa Winnfielda trzymających w dłoni banana zamiast broni? Nie było mi łatwo to namalować, biorąc pod uwagę, że większość ludzi uważa to za wandalizm i kilkakrotnie musiałem przerwać pracę w połowie, gdy usłyszałem nadjeżdżającą policję. Na szczęście za dzieciaka nauczyłem się szybko biegać i wspinać, gdy na rodzinnym podwórku uciekałem przed starszym bratem. Nie żeby coś się zmieniło. Dalej przed nim uciekam, bo na złość mi wstąpił do mundurowych i najczęściej to od niego dostaję największą burę, gdy przypadkiem uda mu się mnie dopaść. Nie jestem zły. Naprawdę. Może jestem nazbyt pyskaty i może mam kartotekę zapełnioną kilkoma zarzutami o domniemany wandalizm, ale czy nas, grafficiarzy, trzeba wrzucać do jednego wora? Przecież nie pokrywam ścian pustymi wulgaryzmami, które mają obrażać ludzi. Tylko w sposób niekonwencjonalny staram się zmienić świat, co przychodzi mi z trudem.

Mam dwadzieścia dwa lata i odkąd dostałem pierwszą kolorowankę do rąk nazywam siebie grafficiarzem. Mój brat jest gliną, a przez większość dzieciństwa mieszkaliśmy z babcią, bo rodzice pojechali zwiedzać świat i od tamtej pory jeszcze nie wrócili. Czasem mam wątpliwości, czy jeszcze żyją. Jakimś cudem dostałem się do akademii na wydział wzornictwa i nie mogę uwierzyć, że jeszcze mnie z niej nie wyrzucili i nie powiedzieli grzecznie "spadaj na drzewo, ty chuliganie" 


powiązania

15 sierpnia 2014

***

Sophie de Voyer
Urodzona dwadzieścia lat temu w burzliwą noc, 13 kwietnia 1994 roku. Paryżanka, z domieszką krwi duńskiej oraz węgierskiej, studentka na wydziale aktorskim, która czynnie udziela się w klubie baletowym, choć za jakiś czas niestety będzie musiała z niego zrezygnować. Wyrzucona z domu w wieku osiemnastu lat, do dnia dzisiejszego nie utrzymująca kontaktu z rodzicami, wynajmuje kawalerkę nieopodal Akademii. W drugim miesiącu ciąży, nadal zszokowana tą informacją, bijąca się z myślami, co ma zrobić w zaistniałej sytuacji. 
Do pewnego momentu była grzeczną dziewczynką, oraz ukochaną córeczką. Dobrze wychowana, mówiła pięknie proszę i dziękuję, ślicznie się uśmiechała, zabawiała członków rodziny na wspólnych spotkaniach. Chyba od samego dnia narodzin miała już ułożony plan na swoje życie przez rodziców, którzy momentami wymagali zbyt wiele, chcieli aby była najlepsza. Nie pojmowali, że to ją męczy, i sprawia że wszystkiego się odechciewa. Marzenia o byciu zwyczajną dziewczyną porzuciła już dawno temu. Buntowanie się nie było w jej stylu, wszystko cierpliwie znosiła, jednak pewnego dni powiedziała dość. Powiedziała te słowo w momencie, kiedy rodzice niemalże chcieli na niej wymusić pójście na studia medyczne. To w tamtym dniu pokłóciła się z nimi, można by powiedzieć, o tak błahy powód. Jednak wtedy odetchnęła, w końcu poczuła że żyje. Tak naprawdę, na sto procent. Bo nie ma nad sobą wymagających rodziców, bo w końcu może żyć na własną rękę, podejmować własne decyzje. Skończyło się więc na tym, że wyprowadziła się z rodzinnego domu, wynajęła niewielkie mieszkanko, które od dwóch lat dzieli z mopsem o imieniu Edgar, a za jakiś czas przybędzie kolejna osóbka. Za niecałe siedem miesięcy. 

14 sierpnia 2014

Raz w życiu pomyliły mi się kroki i od tego czasu chodzę krzywo.


Karoline Nørgård
23 / taneczny / baletowy 
akademik

Tragedia Karoline, reinkarnacji Hamleta, księcia Danii. Tkwi na przeciwległym biegunie wobec jakiejkolwiek księżniczki z tego świata, ale potrafi zagrać wszystko. Rozdrapuje gliniaste wnętrze, poszukując kolejnych wcieleń i masek do przywdziania złożonych z własnych obaw, tajemnic, pragnień. W oczach wielu nieskalana duszyczka, uosobienie siły i spokoju. W przeszłości połamane kości, dziś łamana wola innych ludzi. Nikt nie wie jaka jest naprawdę, każda kolejna autokreacja zaprzecza poprzedniej; nikt prócz jej samej i jeszcze jednej osoby. Stwierdzona nerwica lękowa, a gdy weźmie to jest jej lżej. Więcej treści, mniej sztuki.  Niezwykle surowa wobec siebie. Odpowiada monosylabami. Ofelia.    

(…) wszystko jest piękne, nawet na pewno, jeśli się ma te dwadzieścia parę lat. Wtedy są złudzenia i miłość – i wszystko jest do zdobycia, bo właśnie te głupie dwadzieścia lat.

amplius

Hłasko. 

TOXIC

Pojawiła się Znikąd i Donikąd pewnie odejdzie. Splunie Ci w twarz, nadepnie na piętę i zapali papierosa, jakby to nie ona podpaliła przed chwilą Twoje włosy. Córka Swojej Matki- nazywa ją ojciec. Córka Swego Ojca- nazywa ja matka. A Ci, którzy uważają się za znajomych wołają za nią Lottie, jak do taniej prostytutki lub bohaterki bajek dla dzieci.  
Jedynie Ona nazywała ją Kochaniem, jednakże Lottie była dla niej Kochaniem jak każda inna kobieta, z którą kiedykolwiek się spotykała i Ona wiedziała; wiedziała dobrze, że Lottie nie będzie jej Kochaniem na zawsze. Ona po trzech miesiącach napisała ołówkiem, na torbie po bułkach "Odchodzę" i odeszła, zapalając papierosa w drodze do metra.
Następnych trzech miesięcy Lottie nie pamięta i nie żałuje. Wie tylko, że kolczyk w nosie przeszkadzał we wciąganiu koki, dlatego go wyjęła. Straciła rok uczelni. Najpierw na romans, później na leczenie się proszkami i magicznymi pigułkami, a następnie na odwyk, który podobno miał pomóc. Zrezygnowała z drugiego kierunku studiów jakim było dziennikarstwo twierdząc, że i tak nigdy nie byłaby w tym dobra.
Teraz? Usilnie chce czuć się potrzebna, usilnie próbuje nie zjadać ludzi żywcem i usilnie stara się nie robić z siebie mdłej mimozy przez to, że nie wie co powiedzieć.
Chce zapalić papierosa na plaży Dawida, popatrzeć na nagie piersi opalających się kobiet oraz gołe torsy mężczyzn i znowu poczuć się jak część tego rozbieranego towarzystwa, szczającego po kątach. Córka właściciela pięciu hoteli na Lazurowym Wybrzeżu i kobiety, której restauracja znana jest wśród bogatych biznesmanów, arabskich szejków i spadkobierców dużych pieniędzy.


 

Charlotte Delacroix
Fotografia
23 lata
Mieszka w dwupokojowym mieszkaniu, małą piwnicę przerobiła w niewielką ciemnię.
Papierosy w kieszeni, ale nie w ustach.
Plecak z marchewkami dla Maggie M'Gill, która jest jej klaczą od początku świata (roku) i która imię zawdzięcza miłości do The Doors a bycie własnością Lottie temu, że jest karą klaczą folbluta.
Okulary przeciwsłoneczne kupione od czarnoskórego sprzedawcy Wędrowniczka, bo szkoda jej więcej niż pięć euro na coś, na czym zaraz usiądzie.

13 sierpnia 2014

Anything goes but don't blink you might miss

Rozalie "Rosie" Roux
Lat 20
Malarstwo i rzeźba oraz pisarstwo
Klub miłośników zwierząt i czytelnika
Mieszka z rodzicami. Ma jednak zamiar się wyprowadzić i poszukuje współlokatora
Córka porucznika Julesa Roux i kwiaciarki Beatrice Roux, z domu Marriott. Młoda malarka oraz pisarka, ucząca się grać na pianinie i brzydząca się zapachem papierosów i ostrą wonią mocnych trunków alkoholowych. Jednak nie pogardzi czerwonym winem i odgrzewaną pizzą z dużą ilością ketchupu i różnych sosów. 
Po mieście porusza się głównie na rowerze, gdyż po wypadku boi się wsiąść do samochodu. Codziennie rano biega, szukając natchnienia do nowych obrazów. Kiedy dostaje weny, potrafi przeżyć kilka dni, jedząc jedynie marchewkę i zagryzając ją zielonym jabłkiem. Nie rozstaje się ze swoim szkicownikiem, w którym można znaleźć wszystko. Od portretów, poprzez akty, na martwej naturze kończąc.
Fanka komedii romantycznych, filmów animowanych Disneya, długich, nocnych rozmów przy zapalonej świecy i historii o wielkiej, wspaniałej miłości.
Dobra duszyczka, której lepiej nie denerwować, bo potrafi pokazać pazurki. Nieśmiała w stosunku do nowo poznanych osób, a szczególnie mężczyzn. Wierzy w duchy i inne nadprzyrodzone istoty, oraz magiczną moc swojej kołdry, która obroni ją przed złymi stworzeniami.
Często można ją spotkać zamyśloną, lecz zawsze uśmiechniętą. Głównie przesiaduje w różnych kawiarenkach, parku, lub schronisku dla zwierząt, gdzie pracuje jako wolontariuszka w wolnym czasie.
Jej szkicownik jest pewnego rodzaju pamiętnikiem. Całkiem niedawno przygarnęła dwa koty. Jeden to Prysio, a drugi Brysio. Ich zdjęcie można zobaczyć na okładce szkicownika. 
Lubię wątki. Mogę wymyślać, a także zaczynać. Choć z początku wolę zaczynać, gdyż muszę wczuć się w bloga i postać Rose Na gifie Kerti Pahk. Link do piosenki z tytułu kryje się w nazwisku postaci.

She lives in a shadow of a lonely girl. Voice so quiet you don't hear a word. Always talkin' but she can't be heard.



Layla Hope Evans 

|| Niskie jest piękne || Zagubiona w sobie || Nieufająca ludziom || 
|| Zakochana w tańcu || Ferrari F12 || Mieszka poza Akademią || 
|| Uzależniona od pisania pamiętnika || Wiecznie słucha muzyki || 
|| Taniec || Fotografia || Malarstwo || || Jazda konna || Klub czytelnika || 


21 czerwca 1993 roku cudem na świat przyszła ona - drobna dziewczynka, której nie dawano szans na przeżycie. Gdyby nie szybka reakcja lekarza leżałaby teraz, gdzieś na cmentarzu zapomniana przez świat i rodzinę. Córka znanego biznesmena oraz projektantki mody. Nie jest w najlepszych stosunkach z rodzicami. Nigdy nie doznała czegoś takiego jak rodzicielska miłość. Od małego przebywała z obcymi jej ludźmi, którzy mieli zastąpić jej rodziców. Wychowywana przez niańki, które zmieniały się co miesiąc. Nigdy do żadnej z nich się nie przywiązywała. Jako pięcioletnia dziewczynka zaczęła chodzić do różnych szkół tanecznych. Od tamtej pory taniec stał się jej pasją i czymś co pokochała. Kilka razy wygrała na mistrzostwach światowych z czego jest dumna do tej pory. Layla nie jest ufną osobą. Musi najpierw kogoś dobrze poznać zanim wpuści go do swojego życia. Łatwo ją zranić i wyprowadzić z równowagi. Nie jest jednak typem dziewczyny, która po kilku ostrzejszych słowach rzuci się na łóżko i będzie płakać, aż zabraknie jej łez. Potrafi o siebie zadbać i jest samodzielna. Rzadko, kiedy się odzywa. To nie tak, że ona nie lubi rozmawiać - po prostu czuje się bezpieczniej, kiedy milczy.Wszędzie jest jej pełno. Pewnie nie raz widziałeś jak zgrabnie poruszała się po korytarzu wymijając ludzi, którzy stali jej na drodze, albo jak oddaje się swojej pasji tańcząc w sali, gdzie zazwyczaj nikt się nie pojawia. Możliwe jest też, że słyszałeś jak nuci pod nosem najnowszą piosenkę jakiegoś znanego zespołu. Na jej karku widnieje mały tatuaż w kształcie krzyża, który zrobiła za namową przyjaciółki.. Po skończeniu akademii marzy się jej wyjazd do Londynu lub Nowego Jorku, aby bardziej dokształcić się w kierunku tańca. 

_______________
Na zdjęciach: Barbara Palvin 
Zapraszam do wątków i powiązań ;]